Mazurskie tajemnice włoskiej rzeźby

2026-04-09 10:09:09(ost. akt: 2026-04-21 14:21:38)
 ŚWIĘTY AMBROŻY-rzeźba Adolfo Wildta-brąz-Mediolan

ŚWIĘTY AMBROŻY-rzeźba Adolfo Wildta-brąz-Mediolan

Autor zdjęcia: Tomasz Zygmon

Podostródzkie Dylewo – niewielka wieś o niezwykłej historii. To właśnie tutaj, w dawnym majątku Franza Rosego powstała kolekcja rzeźb włoskiego artysty Adolfa Wildta. Choć miejsce wydaje się spokojne i niepozorne, kryje opowieść o podróżach, pasji do sztuki i losach dzieł, które przetrwały lata.
Projekt „Człowiek przeszłości. Peregrynacja z Adolfem Wildtem”, zrealizowany przez warszawskiego artystę, fotografa i filmowca Tomasza Zygmonta w ramach stypendium ministra kultury i dziedzictwa narodowego, bada ścieżki artystyczne Wildta. Zygmont podąża od Warszawy przez Dylewo aż po Mediolan, dokumentując historię rzeźb, życie artysty i spuściznę miejsca, które je gościło.
To niesamowita historia, która łączy lokalną historię Warmii i Mazur z fascynującym światem sztuki, a opowiedział nam o niej sam twórca projektu.

— Niewielka miejscowość, zapomniany dwór… Skąd wziął się pomysł na projekt poświęcony Adolfowi Wildtowi i jego rzeźbom?
— Pomysł dojrzewał od 2019 roku, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem rzeźby Wildta w Rzymie, w Narodowej Galerii Sztuki Nowoczesnej. Zwiedzałem muzeum i natknąłem się na wystawę, nie wiedząc jeszcze, że jest to czasowa ekspozycja. W pewnym momencie moją uwagę przykuły nazwiska polskich artystów grafików i książki polskich poetów przetłumaczone na język włoski. Zdziwiło mnie to. Później dowiedziałem się, że ta wystawa była prezentacją kolekcji wnuka Adolfa Wildta — Vanniego Scheiwillera, krytyka sztuki i wydawcy, oraz jego żony Aliny Kalczyńskiej-Scheiwiller.
Wśród eksponatów znajdowały się trzy rzeźby Wildta: „Święty Franciszek”, „Światło” oraz „Dusza i jej szata”. Te prace zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Były inne od tego, co widziałem wcześniej. Bardzo silnie na mnie oddziaływały; poczułem więź łączącą mnie z nimi.
Potem, w 2022 roku, w Wenecji, w galerii Ca’ Pesaro zobaczyłem więcej jego prac. Były eksponowane obok dzieł takich twórców jak Rodin, Rosso, Klimt czy Kandinsky. Wtedy też poznałem marmurowy portret Franza Rosego – mecenasa Wildta i nazwę Doehlau (Dylewo). To z kolei zaprowadziło mnie do artykułów prof. Tomasza Mikockiego opisujących odkrycie rzeźb Wildta. Ta historia wydała mi się niezwykła: w małej miejscowości odnaleziono dzieła artysty znanego we Włoszech i na świecie, a niemal nieobecnego w polskiej świadomości. Wtedy zdecydowałem się napisać wniosek o stypendium twórcze. Mój projekt został dobrze oceniony; otrzymałem stypendium i przystąpiłem do realizacji.


— Wspomniał pan, że poczuł pewnego rodzaju więź z tymi rzeźbami. Co najbardziej fascynuje pana w twórczości Wildta?
— Chyba to, że można doświadczyć emocji przedstawionych postaci, gdy ogląda się je na żywo. Tak było z bólem, cierpieniem, ale także ulgą i odkupieniem, które odkryłem w portrecie niewolnika nazwanym przez Wildta „Człowiek przeszłości”.
Trudno jednak wskazać na jedną rzecz, bo fascynujące jest wszystko, co z nim związane. Wildt pochodził z bardzo ubogiej rodziny. Już jako dziecko musiał przerwać naukę i podjąć pracę, by pomóc ojcu utrzymać dom. Zaczynał jako pomocnik fryzjera, później trafił do zakładu kamieniarskiego, a następnie kolejno do dwóch pracowni rzeźbiarskich. Uczył się w sposób typowy dla dawnych mistrzów, zaczynając jako czeladnik w warsztacie. Od najmłodszych lat miał wyjątkową relację z marmurem. Wspominał, że jako dziecko przytulał się do kamienia, czując z nim silną więź. Z czasem stał się cenionym rzemieślnikiem; pracował m.in. jako finiszer, czyli osoba nadająca rzeźbom ostateczny kształt. Był też znany z wykonywania uszu w rzeźbach innych artystów — stworzył ich ponad tysiąc.
Przełomowym momentem w jego życiu było spotkanie z Franzem Rosem na wystawie w Zamku Sforzów w Mediolanie w 1894 roku, gdzie Wildt pokazywał rzeźbę „Wdowa”. Kontrakt zawarty wówczas z Rosem zapewnił mu stabilność finansową na 18 lat. Jednocześnie w pewnym sensie odizolował go od dynamicznie zmieniającego się świata sztuki. Wildt tworzył w czasie wielkich przemian, kiedy pojawiały się nowe kierunki artystyczne, jednak on sam pozostawał na uboczu, mocno zakorzeniony w tradycji, czerpiąc inspiracje z antyku, gotyku, renesansu i baroku. Co ciekawe, wiele z dzieł, na których się wzorował, początkowo znał jedynie z fotografii, ponieważ nie było go stać na podróże.

— W nazwie projektu pojawia się słowo „peregrynacja”. Co ono dla pana oznacza? I jak wyglądały pana podróże w poszukiwaniu śladów artysty oraz jego rzeźb?
— „Peregrynacja” to po prostu podróż — najczęściej dłuższa, czasem zagraniczna, bywa też rozumiana jako pielgrzymka. To słowo funkcjonuje więc w dwóch znaczeniach. W moim przypadku nie była to pielgrzymka w religijnym sensie, choć z pewnością miała wymiar duchowy. Z czasem okazało się też, że była to trudna droga życiowa. W trakcie realizacji projektu ciężko zachorowała moja żona, co zmusiło mnie do zawieszenia działań. Po jej śmierci na początku stycznia 2025 roku nie byłem w stanie wrócić do pracy przez dłuższy czas. To był okres żałoby i głębokiego załamania.
Projekt pierwotnie miał trwać rok, ale uzyskałem zgodę ministerstwa na przedłużenie. W efekcie realizowałem go od początku 2024 do końca 2025 roku, choć realnie praca nad nim zajęła około dwunastu miesięcy.
Jeśli chodzi o same poszukiwania, chciałem prześledzić drogę rzeźb, zrozumieć, jak dzieła powstałe w Mediolanie trafiły do Dylewa, a później znalazły się w Warszawie. Postanowiłem odbyć tę trasę w odwrotnym kierunku. I rzeczywiście zacząłem w Warszawie, gdzie spotkałem się z dr. Piotrem Jaworskim, archeologiem, współpracownikiem prof. Tomasza Mikockiego. Następnie pojechałem do Dylewa — poznałem park, pozostałości pałacu i osoby związane z tym miejscem. Rozmawiałem z Arkadiuszem Rosą, dyrektorem niepublicznej szkoły podstawowej, który umożliwił mi realizację działań artystycznych wokół budynku.
Kolejnym etapem były Włochy. Zaplanowałem dwa wyjazdy, obejmujące Mediolan, Wenecję i Carrarę. W Wenecji znajduje się kolekcja prac Wildta przekazana przez rodzinę artysty. To miejsce ma też szczególne znaczenie, bo właśnie tam w 1919 roku miał on swoją pierwszą dużą wystawę indywidualną, która przyniosła mu uznanie włoskich krytyków i publiczności po trudnym okresie, kiedy stracił finansowe wsparcie wraz ze śmiercią Franza Rosego.
Warto dodać, że w pierwszym okresie twórczości Wildt był lepiej znany w Niemczech, gdzie pokazywano jego rzeźby i gdzie zdobywały nagrody, niż w rodzimych Włoszech.


— Jak to się stało, że dzieła takiego artysta pojawiły się w tej niewielkiej miejscowości? Czy mógłby pan przybliżyć, jak wyglądał dawny majątek Rosego i park, w którym rozmieszczono rzeźby?
— Majątek rodziny Rose (von Rose) był dobrze działającym przedsiębiorstwem rolnym. Wybudowano wodociąg i postawiono nowoczesne budynki gospodarcze, wprowadzono elektryczność, zmechanizowano prace. Park powstawał od podstaw, przy dużym nakładzie sił i środków na wykopanie stawu, usypanie wysp, wzniesienie potężnych kamiennych budowli i wybrukowanie dróg. Pałac był rozbudowywany i upiększany.
Franz Rose, którego rodzina przyjechała do Dylewa w 1860 roku ze Schwerinu w Niemczech, interesował się sztuką i kulturą, zwłaszcza śródziemnomorską. Dzięki dochodom płynącym z majątku mógł finansować prace młodych artystów i nabywać ich dzieła. Umieszczał je w pałacu i w parku. Wiemy też, że planował budowę pawilonu wystawienniczego dla powiększającej się kolekcji sztuki. Plany te jednak przerwała jego przedwczesna śmierć w 1912 roku.
Dużą wiedzę na temat Dylewa mają sami mieszkańcy. Polecam moje nagranie rozmowy z Robertem Przyborowskim w portalu SoundCloud, gdzie bardzo szczegółowo opowiada on o dziejach majątku. Jako pasjonat lokalnej historii zbierał informacje, korzystając z różnych źródeł, czerpiąc wiedzę także od swojego wujka i dziadków, którzy mieszkali w Dylewie jeszcze przed wojną.
Z kolei dr Piotr Jaworski opowiada o tym, jak prowadził rozmowy z Sybille Friedberg, żyjącą do dziś w Monachium spadkobierczynią rodziny von Rose, która pamięta Dylewo z dzieciństwa, a wyjeżdżała stamtąd jako nastolatka, uciekając przed sowieckimi wojskami w 1945 roku. Dzięki tym rozmowom i dostępowi dr. Jaworskiego do domowego archiwum pani Friedberg oraz jej zgodzie mogłem zamieścić na stronie internetowej projektu archiwalne zdjęcia majątku, pałacu i parku.

— W ramach projektu powstało też wideo. Jaka była jego koncepcja?
— Od początku miało to charakter twórczych poszukiwań. Wiedziałem, że chcę sfilmować dzieła Wildta na wystawie w Morągu, w oddziale Muzeum Warmii i Mazur. Dzięki porozumieniu, jakie zawarłem z dyrekcją Muzeum, mogłem ten plan zrealizować. Wideoarty w sposób symboliczny miały wydobyć rzeźby Wildta z mroku zapomnienia. Praca nad nimi odbywała się w uprzednio wyciemnionej sali muzealnej. Użyłem punktowego, ruchomego światła: białego i czerwonego. To drugie miało nawiązywać zarówno do pożaru, na skutek którego rzeźby zostały przepalone i zmieniły kolor z białego na czarny, jak i do tradycyjnej ciemni fotograficznej, gdzie fotochemiczna obróbka materiału światłoczułego odbywa się przy czerwonym świetle ochronnym. W czarno-białej fotografii obraz negatywowy zamienia się w pozytywowy, co w jakimś stopniu koresponduje też z tradycyjnym procesem powstawania rzeźby — przejście przez formę negatywową i gipsowy model do ostatecznej formy marmurowej. Nawiązanie do archiwalnej fotografii czarno-białej w moim projekcie zwraca uwagę także na zaginione rzeźby Wildta, których wizerunki przetrwały wyłącznie dzięki pracom mediolańskiego fotografa Emilia Sommarivy.

— A jak wyglądała realizacja wideoartów podczas wystawy plenerowej w Dylewie?
— Część z nich była dokumentacją powstawania wystawy, zrealizowaną w konwencji kina niemego. Inne miały performatywny charakter i symbolicznie przywracały rzeźby miejscu, do którego kiedyś przynależały i z którego zniknęły w taki czy inny sposób. W parkowej grocie na przykład znajdowała się rzeźba „Brunnen”. Inna jej nazwa to „Człowiek, który płacze, człowiek, który się śmieje”. Przedstawia ona maski: męską i żeńską. Męska, płacząca, jest autoportretem Wildta, żeńska zaś portretem jego żony Diny. Z oczu „człowieka, który płacze” tryskały strumienie łez i wpadały do oczka wodnego. Wideoarty, które zrealizowałem w grocie, odtwarzały charakter tego miejsca i obecność rzeźby. Podobnie powstał wideoart przywracający portret Johanna Larassa, projektanta dylewskiego parku. Ta duża marmurowa rzeźba została skradziona w 2001 roku z wyspy na stawie dylewskiego parku. Zachowały się jednak zdjęcia Emilia Sommarivy w archiwum Biblioteki Narodowej Braidense w Mediolanie i dzięki nim udało mi się odtworzyć w formie wideo powrót Larassa.

— Co chciałby pan przekazać odbiorcom projektu? Jakie jego przesłanie jest najważniejsze?
— Myślę, że Dylewo to miejsce o dużym potencjale i że trzeba to spożytkować. Park zaprojektowany przez wybitnego architekta krajobrazu był jednym z najpiękniejszych obiektów tego typu w dawnych Prusach Wschodnich. Pałac, z którego po wojnie pozostały dwa boczne ryzality, był do 1945 roku miejscem przechowywania unikatowej kolekcji sztuki: włoskiej, szwajcarskiej, niemieckiej... Dzisiaj część, w której do ubiegłego roku mieściła się szkoła, stoi pusta. Budynek należący do gminy Grunwald został wystawiony na sprzedaż. I to jest okazja, którą należy wykorzystać. Gdyby znalazł się bogaty miłośnik sztuki albo państwowy mecenas, można byłoby tutaj utworzyć dom pracy twórczej uczelni kształcących na kierunkach artystycznych z Gdańska, Olsztyna czy Torunia. Można też, odwołując się do dorobku Wildta, zaadaptować to miejsce na regionalne centrum rzeźby. Wzorem może być Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Dylewo ma dzisiaj swoją drugą szansę. A używając języka rzeźbiarskiego, można powiedzieć z nadzieją, że ktoś powinien wykuć jego lepszą przyszłość.

— Jakie są plany związane z projektem?
— Projekt formalnie się zakończył, ale chcę swoją peregrynację z Wildtem kontynuować. W Dylewie zorganizowałem spotkania z mieszkańcami. Planuję kolejne, także w innych miejscach w Polsce. Chciałbym zrealizować film opowiadający o Wildtcie i jego dziełach. Myślę też o napisaniu książki. Podążyłbym w niej ścieżkami, które otworzyły się przede mną. Poza tym planuję nagranie kolejnych rozmów z ekspertami i mieszkańcami Dylewa, zwłaszcza że dużo nowych, ciekawych rzeczy dzieje się wokół Adolfa Wildta.

Anna Głazek
Fot. Tomasz Zygmont

RAMKA
Przypomnijmy, że wraz z początkiem kwietnia po ponad 25 latach na Warmię i Mazury wróciła marmurowa płaskorzeźba Adolfa Wildta „Głowa ogrodnika”, która zniknęła w 2001 roku z parku w Dylewie. Dzięki pracy ostródzkiej policji i anonimowej informacji dzieło odzyskano w 2026 roku i oddano pod opiekę Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Płaskorzeźba przedstawia Johanna Larassa i jest wyceniana na milion złotych. Odnalezienie dzieła zamyka jedną z najgłośniejszych zagadek regionalnego dziedzictwa.

RAMKA 2
Zapraszamy do odwiedzenia stron projektu „Człowiek przeszłości. Peregrynacja z Adolfem Wildtem”, gdzie można znaleźć więcej materiałów, nagrań i informacji o przedsięwzięciu:
https://wildt-peregrynacja.pl/
https://soundcloud.com/wildt-peregrynacja
https://www.youtube.com/@Wildt-peregrynacja