Partnerem serwisu jest firma M.K.Szuster

Wiosna w Mrągowie, czyli nad Czosem i na ryneczku

2016-04-05 14:13:28 (ost. akt: 2016-04-05 13:55:14)
Wiosna w Mrągowie, czyli nad Czosem i na ryneczku

Autor zdjęcia: Katarzyna Enerlich

Wiosna. O tej właśnie porze roku zaczynają się wędrówki w moim rodzinnym mieście nad Czosem - Mrągowie. Ludzie zaczynają szukać przylaszczek, cieszą się każdym napotkanym zawilcem.

Z Mrągowem to jest tak. Niby blisko Puszczy Piskiej, niby te puszczańskie lasy wchodzą oficjalnie w skład ziemi mrągowskiej, ale jednak w samym Mrągowie puszczańskiego lasu nie uświadczysz. Ale na pewno ludzie tutejsi czują silną przynależność do tego miejsca i wiedzą, że graniczy z Mazurskim Parkiem Krajobrazowym.

Kilka lat temu puszczę niszczyły wiatry, ludzie z miasta z zapartym tchem śledzili medialne doniesienie o szkodach, a potem jeździli, by zobaczyć to zmasakrowane żywiołem miejsce, te wywroty i tę pustkę wokół, która tak niedawno była kurtyną żywicznego cienia na drodze z Mrągowa na Podlasie. Dlatego więc odważę się nazwać Mrągowo przyczółkiem Puszczy Piskiem, jej zapowiedzią albo zakończeniem – w zależności od strony, w którą jedziemy. A ludzie z puszczy są przecież tak podobni do ludzi z niewielkiego prowincjonalnego miasta, bo na te same żywioły skazani, na te same przydługie zimy, chimeryczne wiosny, a kiedy zła wichura przewracała jak zapałki puszczańskie drzewa, niszczyła również dachy mrągowskich domostw.

Mrągowo zaczyna się od wiaduktu, jeżeli jedziemy od strony Warszawy, Pisza, Mikołajek. Dla ludzi z miasta to miejsce — symbol. Kiedy zdrożony podróżny mija wreszcie ów wiadukt, mówi do siebie w myślach: nareszcie w domu. I wcale nie musi wjeżdżać na podwórko, na osiedle, na swoją ulicę. Wystarczy, że ten wiadukt przekroczy. Niedaleko wiaduktu jest jezioro. W zasadzie wszędzie tu blisko do jakiegoś jeziora, zmieniają się tylko nazwy. Mrągowo otoczone jest jeziorami; nie ma więc jakiegoś jednego szczególnego miejsca, gdzie latem kąpią się mieszkańcy i turyści. Chodzi się tam, gdzie bliżej, zupełnie jak nad morzem, gdzie omija się główne plaże i dociera w bezludne miejsca, bo wszędzie jest przecież jakieś morze. Tak i tu.

Za wiaduktem jest Sutapie Małe i Wielkie, ale wszyscy STĄD nazywają to miejsce po prostu PROCHOWNIĄ. Kiedyś chodził się na Prochownię kąpać i opalać, na ogniska harcerskie, na zwiady i podchody. Dziś trudno tu spotkać zwykłych grzybiarzy. Przenieśli się na Lasowiec, na drugi koniec miasta, tam, gdzie z kolei Jezioro Płytkie i piękne rydze na mokradłach. Ale te dopiero jesienią. Teraz jednak jest wiosna. Mówi się przeważnie o Mrągowie, że jest nad jeziorem Czos, bo jezioro to, choć niewielkie, to jednak leży w centrum i jest miejscem często odwiedzanym. Wiąże się z nim pewna legenda o Czosie i Jesionie. Jesion – wiekowe drzewo rośnie nad jeziorem Czos, za budynkiem urzędu miejskiego. Nosi nazwę Zaczarowanej Jesiony i według mazurskich wierzeń symbolizuje żonę rybaka Czosa, który złowił w swoje sieci syna boga wód, Perkuna. Rozzłoszczony Perkun zamienił rybaka w jezioro, zaś jego rozpaczającą po nim żonę – w ten właśnie jesion, stojący u jego brzegu.

Wyprawa dokoła Czosu jest jedną z ulubionych alternatyw, gdy nie wiadomo, dokąd iść albo biec; gdy się nie chce siedzieć w kawiarni, w hotelowym barze albo niespecjalnie ma się ochotę na robienie zakupów. Bo i jakież wielkie zakupy można zrobić w naszym miasteczku? Po to są na mapie kraju takie miejsca, by zapomnieć o szumie, reklamach, cywilizacji. By oddać się czemuś powolnemu. I na przykład okrążyć Czos. Magnetyzm wody uspokaja, przyjemnie się idzie przed siebie, bez zastanowienia, co jest dalej. Bo dalej jest ta sama ścieżka, woda, ten sam las – to, dzięki czemu stajemy się uważni.

Jest w Mrągowie wiele miejsc, które się mija codziennie, nie zastanawiając nad ich historią Ot, choćby mrągowski ryneczek, czyli zwykłe targowisko. Jego brukowana część to niegdyś koński targ; tam sprzedawało się i kupowało zwierzęta, ale i warzywa, ziemniaki — to, co człowiek wyhodował, przy czy chodził i czego miał w nadmiarze. Dlaczegóż więc by tego nie sprzedać, nie podzielić się? Jeśli to ma się wszystkim opłacać? I do dziś tak jest. Ta część rynku należy do rolników, pszczelarzy, ogrodników. Tu są ludzie z okolicznych wiosek, którzy sprzedają jajka, marchew, domową kiszoną kapustę, miody i byliny. Tę część rynku najbardziej lubię, bo najbliższa dawnym czasom. Znaczy, że nie wszystko odeszło w niepamięć, że jakieś zależności i powinności wobec przeszłości zostały. Kupuję więc miód i jajka, kwiaty i krzaki pomidorów i myślę, że czas mija, ale ryneczek pozostał wciąż ten sam.

Niedaleko rynku jezioro Magistrackie. Dziwne miejsce. Ludzie mówią o topielcach, co nigdy nie zostali wyłowieni, bo jezioro ma podobno podwójne dno. A jak ktoś nie pochowany, to i dusza jego podobno pokutuje między tymi rosochatymi wierzbami, co nad wodą stoją wiekową. Kto by pomyślał — środek miasta i duchy! Jezioro nazwane Magistrackim miało jednak przed wojną inne przeznaczenie. Prawo do połowu ryb mieli tylko pracownicy magistratu, czyli ówcześni urzędnicy. A ludzie topili się tu jak wszędzie, skoro nie uważali, choć powtarza się na ucho opowieść o sklepowej, co już po wojnie wskoczyła do tej wody. Dziś są tu fontanny i ścieżki spacerowe i wszystko to ma zachęcić do okrążenia jeziorka, do minięcia się z tymi starymi wierzbami, co już pękają w środku, bo wierzby starzeją się bez godności, puchną i dzielą na części, obnażają te swoje zdrewniałe wnętrza i widać wtedy, jak drzewo wygląda w środku. Dęby starzeją się inaczej, wciąż są wyniosłe i dumne, usychają w sobie, ale żaden z nich nie pozwoli sobie na to pęknięcie albo na rozejście się na boki. Widać to po unikatowych dębach piramidalnych przed ratuszem, co mają już swoje lata, ale wyglądają wciąż niezmiennie – strzeliste i silne. Tną ciemnym konturem błękitne niebo i zwracają na siebie uwagę kształtem, bo ludzie przyzwyczaili się do dębów przysadzistych, krępych, a te jak dwie topole, a korony mają jak wyciosane na zamówienie przez jakiegoś artystę. Jak się pójdzie od tych dębów w prawo, to spotka się mały czerwony budynek. Dawna bożnica na ulicy Roosevelta – ostatni ślad po mrągowskich żydach. Teraz to cerkiew, ale ludzie pamiętają jeszcze, że nie zawsze tu była.

Katarzyna Enerlich:
Autorka jest pisarką i dziennikarką, urodziła się w Mrągowie, obecnie mieszka w domu pod Mrągowem. Debiutowała w wieku 12 lat w czasopiśmie Płomyk, studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Pracowała m.in. w Gazecie Olsztyńskiej, współpracowała z licznymi redakcjami, m.in. z Gazetą Współczesną i Telewizją Polską.

Dotychczas wydała:
• 2009, Prowincja pełna marzeń,
• 2010, Czas w dom zaklęty,
• 2010, Kwiat Diabelskiej Góry,
• 2010, Prowincja pełna gwiazd,
• 2010, Oplątani Mazurami,
• 2011, Kiedyś przy Błękitnym Księżycu,
• 2011, Prowincja pełna słońca,
• 2012, Czarodziejka Jezior
• 2013, Prowincja pełna smaków
• 2014, Prowincja pełna czarów
• 2014, Prowincja pełna szeptów
• 2015, Prowincja pełna snów
Czekamy na Wasze zdjęcia i opisy pięknych zakątków regionu, kliknij tutaj, aby dodać swój artykuł lub skontaktuj się z nami pod adresem redakcja@mojemazury.pl.
Zobacz w naszej bazie
  • Czos

    Jezioro Czos

    Jezioro leżące na obrzeżach Mrągowa. Ma urozmaiconą i rozwiniętą linię brzegową z niewielką wysepką w południowo-wschodniej...

  • Magistrackie

    Jezioro Magistrackie

Przewodnik lokalny

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Adam #1968955 | 80.50.*.* 5 kwi 2016 14:39

    Dobrze się to czyta...

    ! - + odpowiedz na ten komentarz