Grażyna Mączkowska, pisarka mieszkająca w Szczytnie, przyznaje, że łatwiej jej idzie napisanie kawałka nowej powieści, niż upieczenie przyzwoitego kawałka ciasta. Mimo to mężnie zabrała się za przygotowanie świątecznego piernika. Nie tylko upiekła, ale też literacko (choć zwięźle) opisała.
Opis zaczerpnęliśmy z profilu pani Grażyny na Facebooku - oczywiście publikujemy tutaj za jej zgodą.
Dziś piekę piernik dojrzewający, bo im w czas, tym lepszy. Ze startą skórką z półtorej pomarańczy, posiekanymi orzechami włoskimi i - wyjątkowo w tym roku - z najprawdziwszym kakao przywiezionym z Dominikany (nie przeze mnie, o nie! Jak napiszę bestseller to może...), które własnoręcznie starłam na tarce, nie raniąc jakimś cudem palców, bo mam je w twardej kulce, to kakao. I z dużą ilością miodu. Ciasto stało sobie w misce ceramicznej pod ściereczką od piątku.
Dziś nadludzko cierpliwy Mójcion (rozszyfrowujemy: mój ci on - czyli osobisty małżonek) objeździł ze mną całe Szczytno w poszukiwaniu foremek polskiej produkcji, bo króluje chińszczyzna, a mnie jakoś źle się kojarzy, np, że zostały zrobione z kołpaków. I znalazłam, wyprodukowane w Białymstoku!
No i do piekarnika. Jeszcze test patyczkowy, leżenie na boczku i degustacja gorącego, bo ja do cierpliwych nie należę. Najlepszy po miesiącu, ale niedoczekanie jego. Nie cuduję z żadnymi dżemami, polewami. Trzyma się go w woreczku lnianym lub bawełnianym, a w razie braku takowego w poszewce na jaśka.
Święta idą...
Od redakcji: jak widać opis niezwykle zwięzły i lakoniczny, resztę niech dopowiedzą zdjęcia.
Dziś piekę piernik dojrzewający, bo im w czas, tym lepszy. Ze startą skórką z półtorej pomarańczy, posiekanymi orzechami włoskimi i - wyjątkowo w tym roku - z najprawdziwszym kakao przywiezionym z Dominikany (nie przeze mnie, o nie! Jak napiszę bestseller to może...), które własnoręcznie starłam na tarce, nie raniąc jakimś cudem palców, bo mam je w twardej kulce, to kakao. I z dużą ilością miodu. Ciasto stało sobie w misce ceramicznej pod ściereczką od piątku.
Dziś nadludzko cierpliwy Mójcion (rozszyfrowujemy: mój ci on - czyli osobisty małżonek) objeździł ze mną całe Szczytno w poszukiwaniu foremek polskiej produkcji, bo króluje chińszczyzna, a mnie jakoś źle się kojarzy, np, że zostały zrobione z kołpaków. I znalazłam, wyprodukowane w Białymstoku!
No i do piekarnika. Jeszcze test patyczkowy, leżenie na boczku i degustacja gorącego, bo ja do cierpliwych nie należę. Najlepszy po miesiącu, ale niedoczekanie jego. Nie cuduję z żadnymi dżemami, polewami. Trzyma się go w woreczku lnianym lub bawełnianym, a w razie braku takowego w poszewce na jaśka.
Święta idą...
Od redakcji: jak widać opis niezwykle zwięzły i lakoniczny, resztę niech dopowiedzą zdjęcia.
Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie
Dodaj komentarz Odśwież
Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez