Selbongen, czyli Zełwągi od początku : Moje Mazury

Home
Twoja lokalizacja: Trwa ustalanie pozycji... Kliknij, aby wybrać ręcznie

Selbongen, czyli Zełwągi od początku

2017-06-13 12:55:02 (ost. akt: 2017-06-13 12:50:28)
Fragment okładki książki

Fragment okładki książki

Autor zdjęcia: Archiwum GO

Publikujemy fragment najnowszej książki Katarzyny Enerlich Wiatr od jezior, która ukaże się w połowie czerwca 2017.

Selbongen (Zełwągi) to wieś - wyspa, rozpięta niczym pajęczyna między trzema jeziorami. Więcej tu wody niż lądu i jeśli ktoś chciałby tędy przejść suchą stopą, musiałby trzymać się tylko jej środka, jej głównych ścieżek, a nie tych polnych arterii i żwirowych trotuarów, bo granice wsi nie wiedzieć kiedy zamieniają się w brzegi jezior Inulec, Płociczne i Głębokie.

Nikt nie wie, gdzie i kiedy dokładnie zaczęły się Selbongen. Gdy jeszcze mieszały się tu jak w tyglu różne języki: niemiecki, polski i litewski, ludzie mówili o tym miejscu, że to Zalijas wangā. Tu, gdzie kończy się bór, czyli zalas. Ale byli też i tacy, co mówili, że nad Selbongen jakoś szczególnie czuwa Bóg Wód i to miejsce sobie nade wszystko upatrzył, bo wody tu więcej niż lądu, więc i większe w ludziach poszanowanie dla żywiołu, w przeciwieństwie do tych z wysuszonych, kamiennych miasteczek na krańcach płytkich rzek i strumieni.
Selbongen zaczęło się więc wtedy, kiedy bóg wód Perkun objawił się tu ludziom wraz z pierwszym białym szkwałem i z pierwszą burzą, co jasnym gromem przebiła serce starej lipie, stojącej na brzegu Głębokiego, a potem wraz z pierwszym utopionym na Inulcu rybakiem, pod którym załamał się lód, a ciało jego ofiarnie spłynęło sinobiałą obłą galaretą w głąb, do samego królestwa Perkuna.

Mówią, że to mógł być 1540 rok albo rok wcześniej, a Leśna Rita, co mieszkała podobno jeszcze przed pierwszą wojną światową w chacie za wsią na Wygonie uważała, że to było jednak rok później, kiedy wybito słynny trojak Albrechta Hohenzollerna, bo podobno taką właśnie monetę znaleziono w korzeniach spalonej lipy.
Czasy to już były w całej Europie chrześcijańskie, ale to nie dotyczyło ludu na tej wyspie wszechświata, bo otaczające wieś z trzech stron jeziora zamykały ją na wszystko inne niż to, co ludzie, rodząc się w Selbongen, już zastawali. Z czwartej strony, na południu wsi ciągnęła się Puszcza, z której do ludzi dochodziły co najwyżej pomruki rykowisk i wycia wilków, a nie religijne nowiny, zatem Selbongen było dobrym schronieniem dla wodnych i puszczańskich bogów. Ilekroć rybacy wypływali na połów, modlili się do nich, żeby burzy i wiatru na nich nie zesłali znienacka. Jako pierwsi w okolicy nauczyli się poznawać po chmurach, że dziś lepiej zostać w domu, łodzi dać odpocząć, sieci naprawić i ziemniaków pieczonych pojeść. Wiedzieli, który wiatr zapowiada biały szkwał i że wody jezior się wtedy zapienią jak mleko, a te na Głębokim najbardziej.

Pewnie byłoby tak do dziś, gdyby ktoś nie odkrył, że wieś ta to miejsce niezwykłe i piękne, i nie opowiedział o tym w książkach i gazetach. Wraz z powstaniem ceglanych gausthausów i zamiłowaniu do pieczonych w ziołach ryb prosto z jezior, Selbongen zaludniło się ludźmi z wielkiego świata, różnojęzycznych i o różnej kulturze, a takich tłumów to nawet najstarsi rybacy we wsi nie widzieli.
Ludzie spragnieni nowin, szybko rozsmakowali się w tym wielkim świecie i o bogach puszczańskich i jeziornych zapomnieli. Jak gąbka chłonęli każde nowe słowo, każdą przyśpiewkę, każdy wzór na koszuli i przepis na obcy w smaku chleb. To, co nowe, znajdowało tu podatny grunt, ukorzeniało się jak podbiał i rosło w sercach, póki go kolejne NOWE skądinąd do imentu nie wyrugowało.

Tak też nikogo nie dziwiło, że Selbongen wciąż się zmieniało, że gasthausy coraz to według nowych planów powstawały, a rybie zupy, czyli uchy, coraz to inny smak miały. Raz okna mieli tu proste, raz łukowate, raz ewangelickie świąteczne piosenki było słychać, a raz katolicki anielski orszak wymknął się komuś w polu, bo ładny taki, melodyjny, choć nie na tę okazję przecież.
Leśna Rita patrzyła w okno swej chaty na Wygonie i twarz do jezior odwracała, żeby pachnącym trzciną wiatrem łzy osuszyć. Co się z tym światem porobiło, ludzie?! – załamywała ręce. Z trzech jezior, jak z trzech stron wiało na tę wyspę dziwnych ludzi, wiatrem o zapachu mułu i muszli, z czwartej strony zaś wiatr przynosił z puszczy zapach grzybów i mchu.
Leśna Rita gdyby mogła, do lasu by uciekła, ale starej chaty zostawiać na pastwę nie chciała.

Wiele lat później, czerwiec 1929
Świt podchodził pod chaty. Niebo nabierało barw tego dziwnego kamienia, który mijało się, jeśli zapędziło się na koniec wsi i weszło się w puszczę, a potem skręciło się obok zarośli na polanie w kierunku dawnego pastwiska. Kamień był wielki, jakby postawiony tu przez złe siły. Żaden bowiem człowiek nie miał sam takiej mocy, by go tu postawić.
Domostwa stały nieco dalej, przycupnięte przy drodze, trzymając się jej nietrwałych granic, tak łatwo zacieranych przez rwące potoki po licznych w tym roku ulewach.
Świat Selbongen powoli wychodził z cienia, wraz ze wschodzącym za chmurami słońcem obrysy drzew i domów wyostrzały się, a czarne kłębowiska okazywały przydomowymi krzewami, obsypanymi kwieciem, nocne mary i złe sny odchodziły za horyzont lasu aż do następnej nocy, a pierwszy kogut piał jak zwykle w zagrodzie Konietzów. Po chwili podchwytywały ten ton inne koguty, a ostatni, u Morsztynów, stary już i ospały, nawet nie wskakiwał na płot, tylko wychodził leniwie na środek podwórka z jasną plamą porannego słońca pośrodku, i odzywał się ochryple, niczym człowiek wyrwany nagle ze snu i zapytany nagle o słowa jakiejś modlitwy.
Agata Bajohr z chaty na Wygonie wstała już dawno, zbudzona złym snem. Zajrzała do synów, którzy spali w jednym łóżku pod wspólną pierzyną. Ich zarumienione twarze odcinały się wyraźnie od bieli powłoczki na poduszce nawet teraz, w półmroku. Światło wczesnego poranka, padające przez niewielkie okno powodowało dziwną fluorescencję, którą ona, Agata, bardzo tej porze dnia lubiła. Wszystko było jeszcze takie zimne i monochromatyczne, a jej najbardziej podobały się kolory szarości i kobaltu i dlatego lubiła siadać na tych dziwnych kamieniach, co je mijała, kiedy szła na pastwisko, choć ludzie mówili, żeby tego nie robiła. Dotykała ich porowatej powierzchni, przesuwała palcami po tej niebieskości i zachwycała się barwą, jakby była malarką uliczną.
Chłopcy spali. Posapywali cichutko i ani myśleli jeszcze rozstawać się z tą krainą, po której błądziły teraz ich dusze.
Katarzyna Enerlich

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

2017 © MojeMazury.pl