Nauczyciel zamienił Bertę w Kasię a Hildegardę w Jadwigę

2026-01-03 19:00:00(ost. akt: 2026-01-03 19:12:28)
Cmentarz w Wejsunach

Cmentarz w Wejsunach

Autor zdjęcia: Igor Hrywna

Ona była wdową po żołnierzu Wehrmachtu. On żołnierzem Armii Krajowej, który przed komunistami ukrył się na Mazurach. Jej córkę a jego pasierbicę sąsiedzi wzięli na języki. I ci po matce i ci po ojczymie.
W Wejsunach po drugiej wojnie zostało wielu Mazurów. Byli we wsi większością. Pierwszym wójtem (sołtysem) został przedwojenny działacz polsko-mazurski Gustaw Optacy, który pochodził z pobliskiego Hejdyka. Nie były to spokojne czasy. Co prawda Mazurzy najgorsze (zabójstwa, rabunki i gwałty sowieckich żołnierzy) mieli już za sobą, ale spokoju nie dawali im "szabrownicy". Gustaw Optacy, podczas jednego z takich napadów "ledwie z życiem uszedł” czytamy w raporcie skierowanym do prezesa sądu w Olsztynie.

— Sporą cześć społeczeństwa mazurskiego zapędzono do obozów pracy przymusowej, gdzie obelgami, biciem i ciężką pracą wypominano im niemiecką przeszłość. Wielu Mazurów zostało zmuszonych do wyjazdu i osiedlenia się w Niemczech — pisał ks. Krzysztof Rej, ówczesny proboszcz parafii ewangelicko augsburskiej w Piszu (Z nad Pisy, 1999).

Pod koniec 1946 roku parafia w Wejsunach liczyła jeszcze 1100 dusz, z czego 300 przyznawało się do polskości. Potem, ci Mazurzy, którzy zostali zaczęli wyjeżdżać. Na przełomie lat 50. wyjazdów było jeszcze niewiele, bo władza nie dawała na to zgody. Fala ruszyła dopiero po 1956 roku.

Z Kresów na Mazury

10 lat wcześniej w okolicy pojawił się Eugeniusz Bielawski (1906-1986), żołnierz AK-WiN z Kresów, którego szukali komuniści, więc pod Piszem pojawił się jako Jan Siennicki. Tam poznał Lottę Stenk wdową po żołnierzu Wehrmachtu, który zginął pod Stalingradem i matkę Hejdy Stenk, która mieszkała z nią w Wigrynach. Z czasem zostali rodziną.

W 1950 roku przenieśli się do Wejsun. Z czasem zamieszkali w domu, który zostawili wyjeżdżający właśnie do Niemiec Mazurzy a Hejda poszła tam do szkoły, której wieloletnim nauczycielem i kierownikiem był jej ojczym. Potem uczyła się w liceum w Szczytnie. Kiedy miała 19 lat napisała wspomnienie "Moja droga do Polski", które ukazało się w zbiorze "Awans pokolenia w 1964 roku.


Najazd szabrowników

Hejda Stenk opisała w nim swoją drogę do polskości, która odbywała się wbrew większości wejsuńskich Mazurów. Ci wybrali bowiem ostatecznie za ojczyznę Niemcy. Dlaczego? Między innymi dlatego:

"Po odejściu sowietów dla nas Mazurów ciężki nastał okres. Po pierwsze, na naszą krainę, a tym samym i na naszą wieś nastąpił formalny najazd szabrowników, wyłaniających się stale z otaczających lasów okolicznych, a przybyłych zad dawnej granicy, z Kurpiowszczyzny. Wielu przybyłych przybyłych sprawowało nawet we wsi różne funkcje. Władza ich była niemal dyktatorska. Na naszych oczach ładowano wozy wszelkim mieniem, które ocalało z wojny i wywożono ze wsi. Kilka domów w tym czasie poszło z dymem" - pisała w swoim wspomnieniu Hejda.

Wyśmiewała ewangelicką pobożność

I przypominała, że było to garbem, który utrudniał późniejsze próby nawrócenia Mazurów na polskość. Ale też były nim relacje z nowymi sąsiadami czy przedstawiciele instytucje, które też się tym zajmowały. W szkole jedna z nauczycielek, gorliwa katoliczka, wyśmiewała na lekcjach ewangelicką pobożność. " Jeden z nauczycieli pozmieniał nam w dzienniku imiona o brzmieniu niemieckim na polskie. I tak, wszystkie Hildegardy na Jadwigi, Berty na Kasie, Lizy na Ewy, zaś chłopców, jak Gintera na Eugeniusza, Kurta na Kazimierza. A już najwięcej było ruchu, gdy sierocie o nazwisku Pęk zmienił nazwisko na Malinowski, bo to polskie" - pisała w innym miejscu.

Inne podejście miał Eugeniusz Bielawski, który rozumiejąc ich historię, wciągał Mazurów w polskość. "We wsi raczej przychylał się na stronę Mazurów, za co przez wielu napływowych nie był lubiany. Co ciekawego, i to wszystkich intrygowało, nie brał udziału w nagonkach przeciwko tej niemczyźnie, która dawała się odczuwać w naszej wsi na każdym kroku" - pisała 19-latka z Wejsun, wtedy już nauczycielka w miejscowej szkole.

Jednak jej zdaniem na późniejszą falę wyjazdów jakie nastąpiły po 1956 roku złożyły się głównie przyczyny ekonomiczne i chęć połączenia się z rodziną w Niemczech. "Inna przyczyna, o której nigdy się nie mówiło, to stosunek niektórych napływowych Polaków do Mazurów, traktowanie Mazurów w niektórych prowincjonalnych urzędach jako drugiej kategorii ludzi - to bardzo zniechęcało do życia w takiej może nie trudnej, ale przykrej sytuacji" - pisze autorka "Mojej drogi do Polski", który drukiem ukazał się w 1964 roku. Zresztą ona i jej mama też zastanawiały się nad wyjazdem...

Utrapienia zamiast sławy

Dwa lata później olsztyński teatr wystawił oparty na nim monodram, który pokazała też telewizja. Ale nie przyniosło to mazurskiej dziewczynie sławy, ale same utrapienia.

"Pamiętnik, a raczej sztuka telewizyjna, szeroko komentowana w Wejsunach, obudziła uśpione konflikty. Odnowiły się pozacierane podziały. Napływowi obrazili się na Hejdę za to, co napisała o powojennym szabrowaniu i o nietolerancji językowej.

Mazurzy za to, że przypominała ich opory i bojkoty. Pewnego dnia Hejda usłyszała, że daje gorsze stopnie dzieciom mazurskim. Następnego ktoś zawołał na nią – Hitlerówka. Nikt Hejdy nie uderzył, nie pozbawił dóbr materialnych, ani jakichkolwiek praw; ale to nie są jedyne krzywdy, jakie można wyrządzić człowiekowi. Hejda przez lata nie miała ojczyzny. Wreszcie wybrała tę, która wcale nie była dla niej dobra, która poza tym nie nęciła wysoką stopą życiową. Wybrała to miejsce, bo odnalazła w sobie głęboki z nim związek. Ten związek z ojczyzną z wyboru Hejda pogłębiała nauką i pracą.

Nagle ją odtrącono. Znalazła się w próżni, której nie mogli wypełnić tylko przyjaciele i rodzina" – pisała Małgorzata Szejnert w tekście zamieszczonym w 1968 roku w "Polityce".

Od Lipy do Lindenblatta


Trzy lata później w Wejsunach w ich dawnym drewnianym domu powstała Izba Regionalna. Eugeniusz Lotta i Hejda zamieszkali zaś w sąsiednim, murowanym domu, który opuścili wyjeżdżający do Niemiec Mazurzy:

"W pokoju, w którym mi pościelono jeszcze parę lat temu zasiadał do stołu gospodarz Lindenblatt. Lindenblatt był ongiś Lipą, ale za czasów niemieckich to nie była dobra rekomendacja i Lipie mocno dano to do zrozumienia. Potem przyszli Polacy i Mazur wyciągnął stare papiery. Po latach jednak doszedł do wniosku, że Lindenblattowi może być na tym świecie, w każdym razie świecie materialnym, lepiej niż Lipie. Pozostawił więc dom solidny, murowany..." - napisała Małgorzata Szejnert w reportażu "Wieś jak ziarenko" z 1976 roku.

Izba Regionalna powstała w 1971 roku, kilka lat przed kolejną falą wyjazdów. Eugeniusz Bielawski gromadził w niej przez 15 lat pamiątki po Mazurach. To między innymi dawne sprzęty codziennego użytku i ewangelickie biblie w języku polskim.


"Dla Bielawskiego Mazury były nową ojczyzną. W 1986 roku w chyba ostatnim wywiadzie prasowym cieszył się, że zostanie po nim izba, która ma być dowodem, że „Polacy byli tu przed wiekami”. – Nie po to całe życie przesiedziałem w Wejsunach, aby teraz wszystko poszło na zmarnowanie. I w ludzkie zapomnienie. Wierzę, że znajdzie się ktoś, kto mnie zastąpi. Poczekam – mówił. Dwa miesiące po tej rozmowie zmarł." - pisze Martyna Siudak w reportażu " Tęsknota za Mazurem".

Z czasem jednak Izba podupadła, aż ją zamknięto. Odrodziła się w 2020 roku pod egidą ruciańskiego samorządu. "Na początku października w Wejsunach uroczyście otwarto izbę regionalną. Przed odnowionym muzeum stanął głaz. Na masywnej skale wisi tablica pamiątkowa poświęcona „lwowskiemu Mazurowi z akowskim garbem”. Na popiersiu, które zaprojektował Andrzej Arcimowicz, Bielawski wygląda jak żywy. Tylko jego Mazury już nie te." - pisze Martyna Siudak.


"Sam siebie pytam - przegrałem? I nie wiem. Dałem z siebie wszystkie siły, myślę, że co w człowieku dobrze posiane, wyrośnie, nawet wtedy, jeśli ten człowiek zmieni miejsce pobytu. Przyszłość wszystko wyjaśni. Mnie nie starczy życia, żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie" - powiedział 10 lat przed śmiercią Eugeniusz Bielawski.

Igor Hrywna