Guziki diabła, perły z uklei i widły w kościele
2026-03-12 10:55:00(ost. akt: 2026-03-12 13:40:03)
Czy wiecie, dlaczego na Mazurach unikano guzików, i jak ukleje ze Śniardw podbiły amerykański rynek biżuterii? Wyruszyłem rowerem z Rucianego-Nidy w stronę Pisza, by na 40. kilometrowej trasie poczuć świat, którego już prawie nie ma.
Trasa:
PKP Ruciane Nida - Onufryjewo - Końcewo - Głodowo - Niedźwiedzi Róg - Karwik - Jeglin - Imionek-PKP Pisz. W sumie +/- ok. 40 kilometrów.

PKP Ruciane Nida - Onufryjewo - Końcewo - Głodowo - Niedźwiedzi Róg - Karwik - Jeglin - Imionek-PKP Pisz. W sumie +/- ok. 40 kilometrów.

Z Olsztyna do Rucianego Nida dojechałem pociągiem i stamtąd już rowerem ruszyłem do Onufryjewa
1. ONUFRYJEWO: LUDZIE BEZ GUZIKÓW
Guzików nie używali, bo uważali, że to oczy diabła.Trumnę zmarłej kobiety mogły nieść tylko kobiety, mężczyzny tylko mężczyźni. W czasie chrztu dziecka chrzestni trzykrotnie spluwali na diabła. A pannie młodej kładziono na szczęście chleb na łonie.
"Dla niemieckich filistrów, na których słowo "Russen" wywierało wpływ magiczny, były osobliwością pierwszego rzędu. Dla Polaków, którym nie są nowością Rosjanie ani prawosławne nabożeństwa, są atrakcją znacznie mniejszą" - pisał o filipońskich wsiach Mieczysław Orłowicz w swoim "Ilustrowanym przewodniku po mazurach pruskich i Warmii" z 1923 roku.
Zamykali się w cerkwiach i podpalali
Ich historia zaczyna się w dawnych wiekach, wiele lat temu, zanim pojawili się na Mazurach. Za to, aby móc się żegnać dwoma a nie trzema palcami zamykali się w cerkwiach i podpalali. Byli pierwszymi zesłańcami na Sybir. Mowa o starowiercach (staroobrzędowcach, filiponach), którzy na Mazurach osiedlili się w okolicach Rudczan (Ruciane - Nida) w pierwszej połowie XIX wieku. Ich wędrówka zaczęła się jednak 180 lat wcześniej w Rosji.
W 1654 roku moskiewski patriarcha Nikon dokonał reform liturgicznych w rosyjskiej Cerkwi prawosławnej. Wprowadził między innymi wykonywanie znaku krzyża trzema a nie dwoma palcami, pop w czasie pogrzebu miał iść za trumną a nie przed. Te i inne nowe porządki nie spodobały się wielu wyznawcom prawosławia, którzy odeszli od Cerkwi prawosławnej.
W XVII wieku starowiercy byli okrutnie prześladowani. Wielu z nich skończyło na stosach. Najbardziej radykalni, gardząc życiem ziemskim, dokonywali samospalenia. Później starowierców zostawiono w spokoju. Około 5 tysięcy staroobrzędowców mieszkało w XIX wieku w okolicach Suwałk. Kiedy próbowano powołać ich do wojska część z nich zdecydowała się wyemigrować na teren sąsiednich Prus.
Pomagali powstańcom
Pierwszym staroobrzędowcom, który uzyskał zgodę na osiedlenie się w był Onufry Jakowlew. W 1830r. założył pierwszą starowierską wieś koło Rucianego Nidy, nazwaną od jego imienia Onufryjewem. Onufry najpierw kupił 280 hektarów ziemi i wydzierżawił jeziora. W styczniu 1830 roku zwiózł najpierw swój majątek ruchomy a potem żonę Wassylissę z siedmiorgiem dzieci.
W 1831r. staroobrzędowcy zakupili kolejne grunty na lewym brzegu Krutyni, gdzie powstały kolejne wsie. W sumie w okolicy Rucianego - Nidy założyli ich 11. Centrum ich kultu religijnego było Wojnowo. W tym czasie ze swoimi mazurskimi sąsiadami porozumiewali się po polsku. Wielu z nich czuło też związek z Polakami.
"Przeniósłszy się z Polski do Prus Wschodnich, filiponi nie zerwali kontaktu z Polakami, przeciwnie, wspierali powstańców, ukrywali ich u siebie po domach, po lasach, narażając się władzom pruskim, które idąc na rękę władzom carskim ogłaszały w czasopismach urzędowych, żądając podania nazwisk i miejsc pobytu powstańców, ofiarując za to nagrody pieniężne. Nie słyszano, żeby ktokolwiek spośród starowierców zdradził powstańców" - pisała w 1961 roku Emilia Sukertowa-Biedrawina w tekście "Filiponi na ziemi mazurskiej".
Nie używali guzików
Starowiercy odróżniali się od Mazurów właściwie wszystkim, także strojem. "Jedyne w swoim rodzaju są stroje filiponów, do których są bardzo przywiązani. Wprowadzanie zmian w tej materii uważane było dawniej za odejście od wiary. Gerß opisał co najmniej 16 typów filipońskich strojów. Na żadnej części odzieży nie ma guzików, gdyż uważa się je za oczy diabła. Jako że noszą tylko płaszcze, filiponi przepasują ubrania pasem na biodrach. Płaszcz sięga im aż do kostek.
Męskie nakrycie głowy przypomina beret z daszkiem. Kobiety noszą chusty wiązane pod brodą, ich spódnice są długie, skromne i jednobarwne, a otwarte kieszenie przypominają epolety. Mężczyzna nosi krótkie spodnie, które podczas marszu wsuwa w wysokie cholewy. Biała koszula jest luźno wypuszczona na spodnie. Zwyczaje filiponów biorą się również z ich życia religijnego.” - wyczytałem w książce "Puszcza Piska.Szlak wodny," wydanej przez bardzo zasłużone olsztyńskie wydawnictwo QMK.
Zaszczepili się i wysłali córki do szkoły
Filiponi bardzo rygorystycznie przestrzegali zasad wiary, ale mieli też wiele świeckich zakazów. Nie chcieli służyć w wojsku, ale też wzbraniali się przed składaniem przysięgi. Nie chcieli też rejestrować chrztów, zaślubin i zgonów.Władze pruskie szybko z tym sobie jednak poradziły włącznie z tym, że zmuszono filiponów by posyłali swoje dzieci do szkół, także dziewczęta. Musieli też przystać na obowiązkowe szczepienia, które w Prusach wprowadzono już w 1852 roku. W efekcie „przywykli całkowicie do uregulowanych pruskich norm współżycia” napisał Max Toeppen w Swojej "Historii Mazur".
Zachowali jednak swoją wiarę i związaną z nią obrzędowość, choć tą ostatnia była coraz mniej rygorystyczna. Nie wiemy jednak jak długo przestrzegano na przykład zwyczaju, aby zasłaniać święte obrazy aby nie były świadkami ekstazy miłosnej. Po stosunku zaś małżonkowie obowiązani byli w myśl zwyczaju umyć się od stóp do głów i zmienić bieliznę. Na pewno za to nie utrzymał się nakaz, by za wypicie wódki wykonać tysiąc pokłonów do samej ziemi przed świętymi obrazami właśnie. Z czasem to wszystko oczywiście się zmieniło...
Większość staroobrzędowców zachowała przez lata religię i tradycję. Wśród młodszego pokolenia silne były jednak wpływy kultury niemieckiej. W 1945 żołnierze radzieccy zabili wielu staroobrzędowców. Byli dla nich podejrzani, bo mówili po rosyjsku. Część wczesnym latem 1945 roku razem z Niemcami i Mazurami wywieziono na Syberię.
Zniknęły barwione koszule
Te pokolenie staroobrzędowców nie znało już polskiego. Mówili po niemiecku i po rosyjsku. Nie czuli się w Polsce dobrze. Dlatego większość mazurskich staroobrzędowców wyjechała do Niemiec, choć jeszcze w latach 50tych było ich około 900.
"Wsie filipońskie zatraciły swoją egzotyczność: chaty drewniane z bierwion nie ociosanych są rzadkością. Barwione koszule noszone na zewnątrz spodni rzadko się spotyka. Wymierają patriarchowie o blond kędzierzawych brodach. Młodzież idzie z postępem . W starszych domach znajdzie się jeszcze samwar i bałałajka, a w polu za sadem łaźnia, oryginalna rosyjska "bania". Jeszcze dziś są tacy , którzy wyparzywszy się w zimowy wieczór wybiegają, tarza ją się po śniegu — a idzie im to na zdrowie" - pisała we wspomnianym tekście Sukiertowa-Biedronina.
Najbardziej znanym miejscem, które dzisiaj kojarzy się z filiponami jest klasztor w Wojnowie pobudowany w połowie XIX wieku nad jeziorem Duś, który z czasem przejęli prawosławni. Ostatnia przeorysza zmarła w 1972 r. Klasztor jest teraz w rękach prywatnych. Mieści się w nim pensjonat.
We wnętrzu można podziwiać cenne ikony przedstawiające Trójcę Świętą, Matkę Bożą, Chrystusa oraz proroków. W głównej sali molenny wisi olbrzymi srebrny żyrandol. Ufundował go w 1910 roku bogaty kupiec ku pamięci zmarłej żony. Żyrandol ma 32 świece. Tyle lat miała żona fundatora, kiedy zmarła.
Dzisiaj klasztor jest w prywatnych rękach. Pokoje mniszek służą dzisiaj turystom.
Dzisiaj filipońska molenna (dom modlitwy) w Wojnowie z 1921 roku zapełnia się tylko w wielkie święta. Po staroobrzędowcach pozostało już tylko klika cmentarzy. Nadal używane cmentarze znajdują się w Gałkowie, Onufryjewie i Kadzidłowie. Nieużywane w Iwanowie, Śwignajnie (Ładne Pole) i Osiniaku.
Najlepiej zachowała się nekropolia w Onufryjewie (przylega do niego założony później cmentarz ewangelicki). Zachowało się tam kilkadziesiąt XX-wiecznych grobów,.
Jeszcze w latach 70. ubiegłego stulecia stawiano na grobach staroobrzędowców drewniane krzyże. Jeżeli upadły ze starości, nie wolno ich było podnieść. Współcześni staroobrzędowcy odeszli od tej tradycji. Większość współczesnych nagrobków i krzyży jest już wykonanych z lastriko.
2. WEJSUNY (1): CZUWALI W KOŚCIELE Z WIDŁAMI

Na Mazurach na palcach jednej już chyba ręki można policzyć czynne ewangelickie kościoły. Jeden z nich znajduje się w Wejsunach. Pierwsze dziecko ochrzczone tam w 1909 roku dziecko miało na nazwisko Dembowski, a rodzice dali mu na imię Willi. Kilkadziesiąt lat później wierni nocowali w nocy z kosami i młotami, bo bali się, że zabiorą im ich świątynię.
W Wejsunach miałem szczęście i mogłem zajrzeć do miejscowego kościoła ewangelickiego, który postawiono na początku XX wieku
Pierwsze dziecko ochrzczone tam w 1909 roku dziecko miało na nazwisko Dembowski, a rodzice dali mu na imię Willi. Kilkadziesiąt lat później wierni nocowali w nocy z kosami i młotami, bo bali się, że zabiorą im ich świątynię.
To było w 2007 roku. Ksiądz Marcin Pysz kosił wtedy trawę przy kościele. Obok przechodziła kobieta. Zamruczała pod nosem; "Kiedy te ostatnie Niemce umrą, to my ten kościół przejmiemy".
"Ksiądz się uśmiecha i grzecznie odpowiada: - No, nie wiem, czy przejmiecie, bo jak te ostatnie Niemce umrą, to my tu zrobimy muzeum protestantów i tego nie oddamy" - pisze Maryna Siudak w reportażu "Obrona kościoła w Wejsunach". (książka: "Opowiem ci Warmię, opowiem Mazury").
"Ksiądz się uśmiecha i grzecznie odpowiada: - No, nie wiem, czy przejmiecie, bo jak te ostatnie Niemce umrą, to my tu zrobimy muzeum protestantów i tego nie oddamy" - pisze Maryna Siudak w reportażu "Obrona kościoła w Wejsunach". (książka: "Opowiem ci Warmię, opowiem Mazury").
Ta położone kilka kilometrów od Rucianego-Nida (warmińsko-mazurskie) miejscowość to jak na warmińsko-mazurskie młoda wieś. Powstała w połowie XVIII wieku. Zamieszkiwali ją Mazurzy, a w miejscowej szkole po polsku uczono do 1878 roku. Po 1945 roku wejsuńskich Mazurów spotykało to, co ich pobratymców na całych Mazurach. Morderstwa, gwałty i rabunki ze strony czerwonoarmistów.
"Polski robotnik, który przymusowo pracował w okolicach Pisza, zapamiętał, że złapane Mazurki gwałcono a nawet zabijano. Żadna kobieta nic mogła się czuć bezpiecznie, nawet podeszły wiek nic chronił przed przemocą" - pisze w tekście "Powiat piski w 1945 roku" Waldemar Brenda (Z nad Pisy, 1995).
A potem pojawili się szabrownicy i władza ludowa. "Na naszą krainę, a tym samym i na naszą wieś, nastąpił formalny najazd szabrowników, wyłaniających się stale z otaczających lasów okolicznych, a przybyłych znad dawnej granicy, z Kurpiowszczyzny. Wielu przybyłych sprawowało nawet we wsi różne funkcje. Władza ich była niemal dyktatorska. Na naszych oczach ładowano wozy wszelkim mieniem, które ocalało z wojny, i wywożono ze wsi." - wspominała Mazurka z Wejsun (Waldemar Mierzwa, Republika wejsuńska, Pomerania 2016).
W 1946 roku parafia ewangelicka w Wejsunach liczyła 1100 dusz, z czego 300 przyznawało się do polskości. Potem było ich mniej i mniej. W 1993 roku parafia przestała formalnie istnieć stając się częścią parafii piskiej.
Wcześniej kilka razy katolicy chcieli odkupić lub wydzierżawić kościół, ale w sposób pokojowy. Ewangelicy nie zgodzili się na to. Wspomniane na początku wydarzenie związane zaś było z obawami ewangelików, że katolicy będą chcieli przejąć świątynię siłą.
I tak jak zapowiedział wspomniany ksiądz Pysz w zbudowanym na początku XX wieku kościele powstało w 2022 roku Muzeum Miniatur i Tradycji Ewangelickiej.
Teraz można tam zobaczyć kilkanaście drewnianych miniatur dawnych kościołów ewangelickich z terenu powiatu piskiego, naczynia liturgiczne czy śpiewniki. Stoi tam też zabytkowa chrzcielnica z piaskowca z dawnego kościoła ewangelickiego w Ukcie i wiszą dwie tablice pamiątkowe, upamiętniające wejsuńskich parafian poległych podczas I wojny światowej. Na wieży kościelnej można z kolei zobaczyć Galerię Portretu Mazurskiego.
Muzeum i kościół można zobaczyć w każdą niedzielę przed i po nabożeństwo, które rozpoczyna się o godz. 09:00. Latem można to zrobić codziennie. Aktualne informacje: https://wejsuny.eu/
Ale to nie koniec, bo w 2025 roku ewangelicy zaczęli tam budować Centrum Integracji, które będzie służyć ogólnopojętej integracji społecznej, reintegracji zawodowej, pracy z seniorami, młodzieżą i dziećmi. W nowym obiekcie stowarzyszenie będzie rozwijało projektu z zakresy Ekonomii Społecznej.
Inwestorem jest Ewangelickie Stowarzyszenie Betel, które działa "na rzecz osób w kryzysie, osób potrzebujących oraz osób z niepełnosprawnościami". Zakończenie budowy zaplanowano na 2026 rok.
Inwestorem jest Ewangelickie Stowarzyszenie Betel, które działa "na rzecz osób w kryzysie, osób potrzebujących oraz osób z niepełnosprawnościami". Zakończenie budowy zaplanowano na 2026 rok.
Ona była wdową po żołnierzu Wehrmachtu. On żołnierzem Armii Krajowej, który przed komunistami ukrył się na Mazurach. Jej córkę a jego pasierbicę sąsiedzi wzięli na języki. I ci po matce i ci po ojczymie.
W Wejsunach po drugiej wojnie zostało wielu Mazurów. Byli we wsi większością. Pierwszym wójtem (sołtysem) został przedwojenny działacz polsko-mazurski Gustaw Optacy, który pochodził z pobliskiego Hejdyka. Nie były to spokojne czasy. Co prawda Mazurzy najgorsze (zabójstwa, rabunki i gwałty sowieckich żołnierzy) mieli już za sobą, ale spokoju nie dawali im "szabrownicy". Gustaw Optacy, podczas jednego z takich napadów "ledwie z życiem uszedł” czytamy w raporcie skierowanym do prezesa sądu w Olsztynie.
— Sporą cześć społeczeństwa mazurskiego zapędzono do obozów pracy przymusowej, gdzie obelgami, biciem i ciężką pracą wypominano im niemiecką przeszłość. Wielu Mazurów zostało zmuszonych do wyjazdu i osiedlenia się w Niemczech — pisał ks. Krzysztof Rej, ówczesny proboszcz parafii ewangelicko augsburskiej w Piszu (Z nad Pisy, 1999).
Pod koniec 1946 roku parafia w Wejsunach liczyła jeszcze 1100 dusz, z czego 300 przyznawało się do polskości. Potem, ci Mazurzy, którzy zostali zaczęli wyjeżdżać. Na przełomie lat 50. wyjazdów było jeszcze niewiele, bo władza nie dawała na to zgody. Fala ruszyła dopiero po 1956 roku.
Z Kresów na Mazury
10 lat wcześniej w okolicy pojawił się Eugeniusz Bielawski (1906-1986), żołnierz AK-WiN z Kresów, którego szukali komuniści, więc pod Piszem pojawił się jako Jan Siennicki. Tam poznał Lottę Stenk wdową po żołnierzu Wehrmachtu, który zginął pod Stalingradem i matkę Hejdy Stenk, która mieszkała z nią w Wigrynach. Z czasem zostali rodziną.
W 1950 roku przenieśli się do Wejsun. Z czasem zamieszkali w domu, który zostawili wyjeżdżający właśnie do Niemiec Mazurzy a Hejda poszła tam do szkoły, której wieloletnim nauczycielem i kierownikiem był jej ojczym. Potem uczyła się w liceum w Szczytnie. Kiedy miała 19 lat napisała wspomnienie "Moja droga do Polski", które ukazało się w zbiorze "Awans pokolenia w 1964 roku.
Najazd szabrowników
Hejda Stenk opisała w nim swoją drogę do polskości, która odbywała się wbrew większości wejsuńskich Mazurów. Ci wybrali bowiem ostatecznie za ojczyznę Niemcy. Dlaczego? Między innymi dlatego:
"Po odejściu sowietów dla nas Mazurów ciężki nastał okres. Po pierwsze, na naszą krainę, a tym samym i na naszą wieś nastąpił formalny najazd szabrowników, wyłaniających się stale z otaczających lasów okolicznych, a przybyłych zad dawnej granicy, z Kurpiowszczyzny. Wielu przybyłych przybyłych sprawowało nawet we wsi różne funkcje. Władza ich była niemal dyktatorska. Na naszych oczach ładowano wozy wszelkim mieniem, które ocalało z wojny i wywożono ze wsi. Kilka domów w tym czasie poszło z dymem" - pisała w swoim wspomnieniu Hejda.
Wyśmiewała ewangelicką pobożność
I przypominała, że było to garbem, który utrudniał późniejsze próby nawrócenia Mazurów na polskość. Ale też były nim relacje z nowymi sąsiadami czy przedstawiciele instytucje, które też się tym zajmowały. W szkole jedna z nauczycielek, gorliwa katoliczka, wyśmiewała na lekcjach ewangelicką pobożność. " Jeden z nauczycieli pozmieniał nam w dzienniku imiona o brzmieniu niemieckim na polskie. I tak, wszystkie Hildegardy na Jadwigi, Berty na Kasie, Lizy na Ewy, zaś chłopców, jak Gintera na Eugeniusza, Kurta na Kazimierza. A już najwięcej było ruchu, gdy sierocie o nazwisku Pęk zmienił nazwisko na Malinowski, bo to polskie" - pisała w innym miejscu.
Inne podejście miał Eugeniusz Bielawski, który rozumiejąc ich historię, wciągał Mazurów w polskość. "We wsi raczej przychylał się na stronę Mazurów, za co przez wielu napływowych nie był lubiany. Co ciekawego, i to wszystkich intrygowało, nie brał udziału w nagonkach przeciwko tej niemczyźnie, która dawała się odczuwać w naszej wsi na każdym kroku" - pisała 19-latka z Wejsun, wtedy już nauczycielka w miejscowej szkole.
Jednak jej zdaniem na późniejszą falę wyjazdów jakie nastąpiły po 1956 roku złożyły się głównie przyczyny ekonomiczne i chęć połączenia się z rodziną w Niemczech. "Inna przyczyna, o której nigdy się nie mówiło, to stosunek niektórych napływowych Polaków do Mazurów, traktowanie Mazurów w niektórych prowincjonalnych urzędach jako drugiej kategorii ludzi - to bardzo zniechęcało do życia w takiej może nie trudnej, ale przykrej sytuacji" - pisze autorka "Mojej drogi do Polski", który drukiem ukazał się w 1964 roku. Zresztą ona i jej mama też zastanawiały się nad wyjazdem...
Utrapienia zamiast sławy
Dwa lata później olsztyński teatr wystawił oparty na nim monodram, który pokazała też telewizja. Ale nie przyniosło to mazurskiej dziewczynie sławy, ale same utrapienia.
"Pamiętnik, a raczej sztuka telewizyjna, szeroko komentowana w Wejsunach, obudziła uśpione konflikty. Odnowiły się pozacierane podziały. Napływowi obrazili się na Hejdę za to, co napisała o powojennym szabrowaniu i o nietolerancji językowej.
Mazurzy za to, że przypominała ich opory i bojkoty. Pewnego dnia Hejda usłyszała, że daje gorsze stopnie dzieciom mazurskim. Następnego ktoś zawołał na nią – Hitlerówka. Nikt Hejdy nie uderzył, nie pozbawił dóbr materialnych, ani jakichkolwiek praw; ale to nie są jedyne krzywdy, jakie można wyrządzić człowiekowi. Hejda przez lata nie miała ojczyzny. Wreszcie wybrała tę, która wcale nie była dla niej dobra, która poza tym nie nęciła wysoką stopą życiową. Wybrała to miejsce, bo odnalazła w sobie głęboki z nim związek. Ten związek z ojczyzną z wyboru Hejda pogłębiała nauką i pracą.
Nagle ją odtrącono. Znalazła się w próżni, której nie mogli wypełnić tylko przyjaciele i rodzina" – pisała Małgorzata Szejnert w tekście zamieszczonym w 1968 roku w "Polityce".
Od Lipy do Lindenblatta
Trzy lata później w Wejsunach w ich dawnym drewnianym domu powstała Izba Regionalna. Eugeniusz Lotta i Hejda zamieszkali zaś w sąsiednim, murowanym domu, który opuścili wyjeżdżający do Niemiec Mazurzy:
"W pokoju, w którym mi pościelono jeszcze parę lat temu zasiadał do stołu gospodarz Lindenblatt. Lindenblatt był ongiś Lipą, ale za czasów niemieckich to nie była dobra rekomendacja i Lipie mocno dano to do zrozumienia. Potem przyszli Polacy i Mazur wyciągnął stare papiery. Po latach jednak doszedł do wniosku, że Lindenblattowi może być na tym świecie, w każdym razie świecie materialnym, lepiej niż Lipie. Pozostawił więc dom solidny, murowany..." - napisała Małgorzata Szejnert w reportażu "Wieś jak ziarenko" z 1976 roku.
Izba Regionalna powstała w 1971 roku, kilka lat przed kolejną falą wyjazdów. Eugeniusz Bielawski gromadził w niej przez 15 lat pamiątki po Mazurach. To między innymi dawne sprzęty codziennego użytku i ewangelickie biblie w języku polskim.
"Dla Bielawskiego Mazury były nową ojczyzną. W 1986 roku w chyba ostatnim wywiadzie prasowym cieszył się, że zostanie po nim izba, która ma być dowodem, że „Polacy byli tu przed wiekami”. – Nie po to całe życie przesiedziałem w Wejsunach, aby teraz wszystko poszło na zmarnowanie. I w ludzkie zapomnienie. Wierzę, że znajdzie się ktoś, kto mnie zastąpi. Poczekam – mówił. Dwa miesiące po tej rozmowie zmarł." - pisze Martyna Siudak w reportażu " Tęsknota za Mazurem".
Z czasem jednak Izba podupadła, aż ją zamknięto. Odrodziła się w 2020 roku pod egidą ruciańskiego samorządu. "Na początku października w Wejsunach uroczyście otwarto izbę regionalną. Przed odnowionym muzeum stanął głaz. Na masywnej skale wisi tablica pamiątkowa poświęcona „lwowskiemu Mazurowi z akowskim garbem”. Na popiersiu, które zaprojektował Andrzej Arcimowicz, Bielawski wygląda jak żywy. Tylko jego Mazury już nie te." - pisze Martyna Siudak.
"Sam siebie pytam - przegrałem? I nie wiem. Dałem z siebie wszystkie siły, myślę, że co w człowieku dobrze posiane, wyrośnie, nawet wtedy, jeśli ten człowiek zmieni miejsce pobytu. Przyszłość wszystko wyjaśni. Mnie nie starczy życia, żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie" - powiedział 10 lat przed śmiercią Eugeniusz Bielawski.
4.GŁODOWO: PERŁY Z MAZURSKIEJ ŁUSKI. JAK UKLEJA ZE ŚNIARDW PODBIŁA AMERYKĘ.

Macie sposób na to jak przetransportować w zimie ponad 100 ton ryb żywych przez zamarźnięte jezioro. Nie da się? Da się. tak samo jak włączyć mazurską ukleje w łańcuch produkcji sztucznych pereł.

Macie sposób na to jak przetransportować w zimie ponad 100 ton ryb żywych przez zamarźnięte jezioro. Nie da się? Da się. tak samo jak włączyć mazurską ukleje w łańcuch produkcji sztucznych pereł.
– W pobliżu naszego domu, niedaleko brzegu, zaobserwowaliśmy oznaki ogromnego stada leszczy. Na lodzie wytyczono zaciąg, a sieć opuszczono do wody. Każde skrzydło sieci miało 350 metrów długości; łącznie odławiano obszar o długości siedmiuset do ośmiuset metrów i szerokości osiemdziesięciu metrów.
Przez lśniącą, całkowicie pozbawioną śniegu pokrywę lodową widzieliśmy pod sobą wypełnioną po brzegi sieć. Wynik przerósł wszelkie oczekiwania; nawet najstarsi mieszkańcy nad jeziorem Śniardwy nie pamiętali takiego połowu. Przypadł nam bowiem połów leszcza w ilości 2500 cetnarów. – wspominał w latach 50. XX wieku połów ryb w Głodowie koło Rucianego Nida 1938 roku Heinrich Stoewahse.
Przez lśniącą, całkowicie pozbawioną śniegu pokrywę lodową widzieliśmy pod sobą wypełnioną po brzegi sieć. Wynik przerósł wszelkie oczekiwania; nawet najstarsi mieszkańcy nad jeziorem Śniardwy nie pamiętali takiego połowu. Przypadł nam bowiem połów leszcza w ilości 2500 cetnarów. – wspominał w latach 50. XX wieku połów ryb w Głodowie koło Rucianego Nida 1938 roku Heinrich Stoewahse.
Cetnar to 50 kilogramów. Wychodzi więc, że złowiono wtedy 125 ton tej ryby.
Choć może bardziej niezwykły był sposób transportu leszczy.
– Jak jednak udało nam się przetransportować ryby, które pluskały w szybko sprowadzonych sadzach, do najbliższej stacji kolejowej? Odległość do Mikołajek, skąd możliwy był transport kolejowy, wynosiła przecież dwanaście do trzynastu kilometrów, a chcieliśmy sprzedać leszcze żywe. Trudności było wiele, lecz w tamtych dniach przezwyciężyliśmy wszystkie przeszkody i cały nasz połów przeciągnęliśmy w skrzyniach rybackich o pojemności od osiemdziesięciu do stu cetnarów pod lodem aż do Mikołajek. Co to oznacza, potrafi ocenić jedynie fachowiec – wyjaśniał Heinrich Stoewahse.
Szczupak do Francji, sielawy do Szwajcarii
Głodowo nie leży nawet 15 kilometrów od Rucianego-Nidy, ale to zupełnie inny świat pełen totalnego spokoju, szczególnie poza sezonem. Dzisiaj to niewielka osada rybacko-turystyczna o długiej historii sięgającej XVII wieku. Najpierw była leśniczówka, potem rybacka osada. A pod koniec XIX wieku pojawił się w Głodowie Martin Stowahse, dziadek wspomnianego Heinricha.
Wydzierżawił Śniardwy i Roś, a potem Bełdany. Zatrudnił kilkudziesięciu rybaków, ponad 10 kobiet do szycia i naprawiania sieci i stworzył nowoczesną jak na tamte czasy firmę. Zbudował na przykład basen do przechowywania żywych ryb i zatrudnił 2 inspektorów, którzy zadaniem było kontrolowanie skali odłowy ryb. Jeżeli liczebność jakiegoś gatunku niebezpiecznie się zmniejszała to wstrzymywano połowy. Przestrzegano tez okresów tarła.
Firmę przejęli po nim syn i wnuk, wspomniany kilka linijek wyżej Heinrich Stoewahse. Gospodarstwo to było wtedy jednym z największych na Mazurach. Ryby sprzedawano nie tylko na rynku lokalnym, lecz także wysyłano do Niemiec, Polski, Szwajcarii i Francji. Duże szczupaki (ważące 7,5 do 17,5 kg) ze Śniardw trafiały na przykład do Francji a sielawy do Szwajcarii. Z kolei odławiane w kanale Jeglińskim węgorze trafiały do Szwecji.
Kobiety miały pełne ręce roboty
Niezwykła była jednak kariera pospolitej dzisiaj uklei. W dawnych bowiem czasach z ich drobnej, srebrzystej z metalicznym połyskiem i bardzo delikatnej łuski używano do produkcji esencji orientalnej (guaniny) a tej z kolei używano do wyrobu masy perłowej i sztucznych pereł między innymi na amerykański rynek.
Ukleje łowili rybacy z Głodowa, a ich oskrobywanie z łuski zajmowało się kilkadziesiąt Mazurek w Mikołajkach. I miały pełne ręce roboty, bo rybacy jednego dnia łowili nawet 15 – 25 ton uklei.
Po 1944 roku w Głodowie powstało Państwowe Gospodarstwo Rybackie, a za demokracji Gospodarstwo Rybackie Śniardwy, które do dzisiaj administruje między innymi tym jeziorem. Na miejscu można zanocować i wypożyczyć łódź wędkarską. A jeżeli nie będzie to kolidowało z pracą rybaków, to także wynająć kuter rybacki i popływać nim po Śniardwach. Na miejscu jest też plaża. Zimą zaś rybacy zapraszają z kolei na połowy podlodowe. Można też na miejscu kupić zezwolenie wędkarskie.
We wsi zachowały się resztki dawnego cmentarza.
Warto zajrzeć do Głodowa, bo nadal trudno znaleźć tam innych ludzi, za to jest bardzo, bardzo dużo lasu. No i Śniardwy ma się prawie tylko dla siebie.
5. Czarcia WYSPA: TEUFELS WERDER: TO TAM HARCOWAŁY DIABŁY
Teufels Werder kiedyś było pełne nieczystych mocy, które strzegły zakopanych tam skarbów. Można tam było raz w roku zawrzeć pakt z diabłem. Mieszkał tam też olbrzym, którego sprytni Mazurzy spoili okowitą. No i na koniec pojawił się tam Pan Samochodzik.
Zacznijmy jednak sielankowo"
"Wąską cieśniną wypływa żaglówka na przeogromną płaszczyznę Śniardw...Niewyraźną linijką majaczy odległy brzeg, w kilku miejscach horyzont prawie zupełnie zlewa się z wodą albo w ogóle niknie w spowiciu delikatniutkiej mgiełki. Woda opalizuje, połyskuje polami mocno polerowanego srebra. Stadko mew przysiadło, znieruchomiało, jakby i je urzekło poranne słońce.
Aż potem, po tym zapatrzeniu i zasłuchaniu całej natury lekka fala potoczy się przez wodę z łagodnym szumem, zagrają w jej załamaniach słoneczne refleksy. Płachty żagli wydymają się brzuchato, łodzie zrywają do przodu. Złoto miesza się ze srebrem, jak kosztowna zastawa na błękitnym tle wody...
Z prawa znaczy się mocnym konturem lasów Czarcia Wyspa. Dalej brzeg cofa się, aż niknie niemal w osiemnastokilometrowej przestrzeni wodnej...Po tej stronie prychając, posuwa się biały parowiec pasażerskiej żeglugi..."
Tak poetycko wypłynięcie z Bełdan na Śniardwy opisał przed ponad 50 laty Eugeniusz Paukszta w książce "Warmi i Mazury".
Owa Czarcia Wyspa to Czarci Ostrów (niem. Teufels Werder), który leży dokładnie na przeciwko wsi Niedźwiedzi Róg, jakieś 15 kilometrów od Pisza z jednej a Rucianego Nidy z drugiej strony. A obok jeszcze mamy na dokładkę Wyspę Pajęczą. Leży jakieś 1,5 kilometra od brzegu i ma 350 m długość i 200 szerokości.
"O podaniach, związanych z Czarcią Wyspą na jeziorze Śniardwy, G. Ch. Pisanski w roku 1794 podaje, co następuje: Pospólstwo w całej tamecznej okolicy utrzymuje, że nazwa wyspy pochodzi od często ukazujących się tam widm. Tamże potrafią przytoczyć niezliczone opowieści i bajki o diabelskich poczwarach, ukazujących się bądź pod postacią lwa, bądź też czarnego psa, lub jakąś inną. Sieją one postrach wśród ludzi. Nieszczęście miało zaś często spotykać rybaków, którym rwały się sieci. Ukazywać się im wielkie skarby i opowiadali też tego rodzaju inne historyjki." - pisał Max P. Toppen w swoich "Wierzeniach mazurskich".
Te legendy wzięły się zapewne stąd, że wyspa niegdyś była miejscem kultu zamieszkujących tu plemion – Galindów. Na wyspie znajdowały się usypane przez nich kurhany i znajdowano tam pozostałości po grobach popielnicowych ze szczątkami ludzkimi.
Czarcia Wyspa posłużyła też za tytuł zbioru "Czarci ostrów. Wielki zbiór podań ludowych z Mazur", które zebrał, przełożył i opracował Jerzy Marek Łapo. Znajdują się w nim trzy opowieści o Czarcim Ostrowie.
Mi najbardziej przypadła do gustu ta o trzech młodzieńcach, którzy wybrali się tam łódką. Okazało się, że mieszkał tam olbrzym, którego ciało pokryte było "ognistorudymi włosami, a jego straszne oczy błyszczały na zielono" a zamiast paznokci miał pazury.
Olbrzym uwięził ich w chacie, ci jednak mieli podwójne szczęście. Po pierwsze po dużej ilości zjedzonych ryb bolał go brzuch, po drugie przybysze mieli ze sobą gorzałę, która dali mu do wypicia. "Gdy to uczynił zrobiło mu się lepiej i już mniej okrutnie spojrzał na młodych ludzi" - czytamy w "Czarcim Ostrowie" i w końcu puścił ich żywymi.
Wiele lat później Czarci Ostrów odkrył sam Fryderyk II Wielki, który nakazał ufortyfikować wyspę, co stało się w latach 1785-1786. W sześciu miejscach urządzono szańce pod armaty, a całość dodatkowo otoczono wałem. Postawiono spichlerze na żywność i koszary, piekarnia i pralnia.
Wszystko to poszło w ruinację, kiedy w 1843 roku zapadła decyzja o budowie w Giżycku Twierdzy Boyen.
Magazyny rozebrano i przeniesiono na teren nowo powstającej twierdzy. Reszta popadła z czasem w ruinację. Do dzisiaj pozostały już tylko resztki fundamentów i wały obronne.
W 2004 roku Wojewódzki Konserwator Zabytków w Olsztynie wpisał pozostałości fortu do rejestru zabytków, co niestety nie uchroniło ich od dalszej degradacji.
Legendy o skarbach musiały też obić się o uszy Zbigniewowi Nienackiemu, twórcy "Pana Samochodzika", który między innymi tam umieścił tam akcję swojej książki "Pan Samochodzik i Niewidzialni z (1977)". To historia skarbu, który miał tam ukryć Anna von Dobeneck a która przed śmiercią wyjawiła swoją tajemnicę i powiedziała wnukowi gdzie jest ukryty skarb.A walkę o niego musiał Pan samochodzik stoczyć z wspomnianymi "Niewidzialnymi".
O forcie i legendach słyszeli też zapewne twórca strony "Fort Lyck", poświęconej między innymi muzyce dark.
Wyspę dobrze widać z Niedźwiedziego Rogu (Bärenwinkel), choć ku lepszej widoczności nieodzowna jest lornetka lub inny, poprawiający oko, sprzęt.
Niedźwiedzi Róg to dzisiaj jedna z wielu mazurskich wsi widmo. Ożywa wraz ze słońcem i zamiera z deszczem. W tej wsi niegdyś mieszkał leśniczy, który ukochał bardziej sadzone przez siebie drzewa od własnej rodziny.
W Niedźwiedzim Rogu( niem. Bärenwinkel)) i okolicy najczęściej zachwycają Śniardwy, choć mi najbardziej urokliwy wydał się niewielki cmentarzyk, ale niech będzie.
Dzisiaj we w wsi na stałe mieszka niewielu ludzi. Według oficjalnych danych z 2021 roku to 66 osób, w 2010 roku było ich 110. Dzisiaj to typowa mazurska wieś letniskowa z cenionym przez żeglarzy portem jachtowym.
Prawdziwą ozdobą wsi jest jednak zabytkowy cmentarz ewangelicki z mogiłą leśnika Maxa Klinge (1893-1951), który był Niemcem i nie znał języka polskiego, ale mimo to uparł się, aby pozostać nad Śniardwami. Leśniczym w Niedźwiedzim Rogu był od 1922 roku. Drzewa ich sadzenie i opieka nad nimi wypełniały mu całe życie. To dla nich pozostał, choć jego zona i dwoje dzieci wyjechały do Niemiec.
"Starzy mieszkańcy tego urokliwego fragmentu Mazur wspominają, że Max Klinge uznał, iż jego obowiązkiem jest codzienna troska o las, który powierzono jego opiece, bez względu na sytuację polityczną i gospodarczą. Jak rzadko kto rozumiał potrzeby Puszczy, wymagającej mądrej i systematycznej pracy człowieka. Tęsknił za najbliższymi, lecz nigdy się z nimi nie połączył" - wyczytałem w Myśliwcu Warmińsko-Mazurski z 2018 roku.
"On o niczym nie rozmawiał, tylko zawsze o przyrodzie" – wspominał go w Radio Olsztyn w 2014 roku ostatni Mazur z Niedźwiedziego Rogu
"On wybrał las, był rzadko przy kolacji przy obiedzie rzadko, chodził przez las wzdłuż i w poprzek piechotą cały czas chodził...Starał się prowadzić gospodarkę, tak jak kiedyś prowadził a to szło na odwrót, wycinanie tego pięknego lasu, który on hodował, spacerował i tłumaczył każdemu ile to drzewo ma lat ile tamto, to wszystko po kolei były zręby robione...serce nie wytrzymało" – można usłyszeć we wspomnianej audycji.
Max Klinge Spoczął na małym cmentarzu w Niedźwiedzim Rogu, wśród drzew, które sadził i pielęgnował. W 61 rocznicę śmierci postawiono nowy pomnik. Z zielonego granitu, bo taki pasował do leśnika. Zastąpił on wcześniejszy dębowy krucyfiks. Wykonał go Andrzej Arcimowicz, plastyk i projektant oraz autor książki "W Wejsunach i nieco dalej". Stary grób Klingego pokazał mu zmarły w 2012 roku Michał Issajewicz, jeden z wykonawców wyroku na kata Warszawy Franza Kutscherę.
7. IMIONEK: SZTUCZNA INTELIGENCJA NAZMYŚLAŁA O MAZURACH
To dopiero jest pytanie, dlaczego mazurskie jezioro Warschau-See, po II wojnie nazwano Roś, choć aż się prosiło, żeby jednym pociągnięciem pióra zamienić je na Jezioro Warszawskie. Na dodatek w latach 1945–1949 używano nazw Jezioro Warszawskie lub Piskie. Ostatecznie jednak stanęło na Rosiu.
Więc dlaczego nie Jezioro Warszawskie? Ano dlatego, że nie miało nic wspólnego z Warszawą, ale swoją nazwę wywodziło od wsi Warschau (dzisiejsze Warszewo), leżącej nad jego brzegiem. Tak mi wyjaśniła to zagmatwanie sztuczna inteligencja, ale jakoś nie mogła odnaleźć tego Warszewa nad Rosiem ani ja też.
AI się poplątało
AI się poplątało
Zmieniła więc sztuczna inteligencja swoja opowieść i zapodała, że "Hydronim (nazwa wody) był pierwszy: Badacze nazw (onomaści) uważają, że nazwa Warschau w tym regionie nie pochodzi od konkretnej osady, która stała nad brzegiem, ale od staropruskiego rdzenia "Warse" lub "Warsh" — wyjaśniła. A w języku Prusów miało to oznaczać „zarośla”, „chaszcze” lub „miejsce w bagnistych krzakach”. Ale inna AI objaśniła, że to słowo znaczyło tyle co osada. A trzecie w ogóle zanegowała istnienie takiego słowa w pruskim języku.
Więc na ten kryzys tożsamośći obecnego jeziora Roś nic nie poradzę. Tak czy siak polski Roś pojawił się w 1950 roku w zarządzeniu Ministra Administracji Publicznej, w którym nadano oficjalne nazwy miejscowościom i jeziorem na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Roś w niemieckiej wersji figurowało tam jako Rosch See i Warschau See. A to od pruskiego rdzenia rasas (woda) a może ras (kaczka).
Choć są i tacy, którzy wywodzą je ze staropolskiego rososze (rozwidlenia, rogi), bo z lotu ptaka przypomina ono poroże jelenia.No, ale jak "staropolacy" mieli jezioro zobaczyć z góry? To równie wiarygodne tłumaczenie, jak to wcześniejsze AI.
Tylko 1 szczupak
Roś to południowa brama do Mazur. Żeglarze płynący od strony Warszawy, Narwią a potem Pisą zwą je często Wrota Mazur. Tak samo zresztą nazywa się pierwszy mazurski port, na jaki natrafią, a który leży na terenie osady Imionek. Port znajduje się tuz przy kanale Jeglińskim, który łączy Roś z jeziorem Seksty i dalej Śniardwami. Jest tu 100 miejsc dla jednostek pływających i tawerna dla żeglarzy.
Roś jest jeziorem dzikim z niesamowicie krętą linią brzegową i niewielką jak na Mazury zabudową. Liczy sobie 1888 hektarów powierzchni i aż 51 kilometrów linii brzegowej. Wędkarze znajdą tam szczupaki i okonie. Przy odrobinie szczęścia można tez trafić na dorodnego sandacza czy węgorza. Nie brakuje tam oczywiście leszczy, płoci czy linów. warto jednak pamiętać, że według regulaminu obowiązującego w 2026 roku można złowić dziennie t tylko po 1 szczupaku i sandaczu. Jeziorem administruje suwalski PZW i tam znajdziecie więcej szczegółów na temat wędkowania na Rosiu: https://pzw.suwalki.pl/index.php?id=119
Mnie nad Roś, a konkretnie do Imionka ściągnęło jednak coś zupełnie innego. Ani ryby, ani pływanie. Przyjechałem tam zresztą na rowerze a wędkę ostatni raz trzymałem w ręku z 10 lat temu w czasie nadjeziornej pogawędki z Mironem Syczem.
Tu spoczywa leśniczy
Leżący parę kilometrów od Pisza Imionek zwał się kiedyś Wionneck, Wionneg, Wionek i z niemiecka Faulbruch. Przez lata działał w nim majątek szlachecki. Do naszych czasów zachował się zespół dworsko–parkowy pochodzący z przełomu XIX i XX wieku. I niewielka kaplica. Zespół jest teraz w rękach prywatnych, kaplica i to co kiedyś było ewangelickim cmentarzem nie.
Wewnątrz niej leży płyta nagrobna („In Gott ruht hier der Königliche Oberförster Friedrich Hansmann 30 November 1814 zu Rawitsch; 6 August 1894 zu Faulbruch. Friede seiner Asche” czyli „Tu w Bogu spoczywa Leśniczy Królewski Friedrich Hansmann, 30 Listopad 1814 w Rawiczu, 6 sierpień 1894 w Imionku. Pokój jego prochom.”).
Czy Berlinka jest płaska?
Teraz przed Rosiem otwierają się nowe perspektywy, które przed laty zapoczątkowali Prusacy, którzy pod koniec XVIII wieku zaczęli prace nad udrożnieniem Pisy. – Roboty przy usprawnianiu rzeki Pisy rozpoczęły się w 1798 roku. Koszty przedsięwzięcia ustalono na ponad 30 tysięcy talarów, a prace w ciągu kilku lat posunęły się na tyle, że dawało się Pisę przepłynąć berlinką długości stu stóp – pisze Max von Teoppen w swojej "Historii Mazur". Berlinka to płaskodenna łódź a pruska stopa liczyła nieco ponad 30 centymetrów. Dalsze pruskie plany i prace przekreśliła wielka historia, a konkretnie powstanie Księstwa Warszawskiego kiedy to Prusy straciły Mazowsze,
Ale jak to powiadają '"Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr". I Pisę, Pisz i Rosia czeka teraz nowe otwarcie. Chodzi o projekt "Pisa-Narew - szlak aktywnej turystyki wodnej", a bardziej po ludzki oto, żeby więcej warszawiaków przypływało na Mazury.
Tak się płynęło z Warszawy
– Jeszcze 30 lat temu każdego roku, zanim zaczęły się wakacje, z Warszawy na Mazury – a właściwie z Zalewu Zegrzyńskiego – płynęła kawalkada jachtów. Wczesną jesienią podobna kawalkada zmierzała w przeciwna stronę. Później ten coroczny ruch zmalał praktycznie do zera… Ale nie zanikł całkiem. Niektórzy płyną Narwią i Pisą na na Mazury tylko po to, aby zobaczyć ten wspaniały szlak i posmakować tego, co kiedyś było koniecznością. Są wśród nich tacy, którzy po pierwszym razie zakochują się w przepięknych widokach i płyną kolejny raz, i kolejny … Do takich osób należę od dawna – pisał w 2021 roku Mariusz Główka w tekście "Rejs rzekami z Warszawy na Mazury. Jachtem z Zegrza, Narwią i Pisą".
Lifting za 150 milionów
Teraz szlak Pisa-Narew czeka kuracja odmładzająca warta nieco ponad 150 milionów złotych, z czego blisko 129 mln zł to fundusze unijne.
Na 350 kilometrach powstanie infrastruktura dla wodniaków, a na interesującym nas obszarze na plaży miejskiej w Piszu rozbudowana zostanie ekomarina, a przy jeziorze Roś powstaną nowe pomosty, miejsce do wodowania kajaków i strefy relaksu. W stanicy wodnej na Pisie zbudowane zostaną pomosty i urządzenia do wodowania sprzętu. Kolejne pomosty i slipy powstaną w Niedźwiedziach, Borkach, Szastach, Jeżach i Dziadowie. Budowa potrwa do 2028 roku.
Igor Hrywna
Inne trasy: Rowerowa Obwodnica Olsztyna

























Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie
Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.
Zaloguj się lub wejdź przez