Partnerem serwisu jest firma M.K.Szuster

Bisztynek: spacer po starym rynku

2012-02-28 12:01:47 (ost. akt: 2012-02-28 15:27:04)
Święto piwa, czyli bisztynecki Oktoberfest

Święto piwa, czyli bisztynecki Oktoberfest

Autor zdjęcia: Ze zbiorów Elisabeth Schmidt

Zbliża się Wielkanoc. Grupa dzieci przyciska nosy do szyb wystawowych sklepu sióstr Jenny i Betty Jablonski. Wystawa pełna jest wyjątkowych zabawek sprowadzonych z USA i nie tylko. Dzieci marzą o takim prezencie.

Te dzieci mieszkają w Bisztynku w latach 20. XX wieku. Oderwijmy je od tej wystawy. Niech będą naszymi przewodnikami po nieistniejącym dziś Starym Rynku. Tym, który zniknął po II wojnie światowej.

Przedwojenna Warszawska, czyli Warschauer Straße


Plac Rynkowy (Marktplatz) z Ratuszem Miejskim w środku miał kształt czworoboku. Od Rynku biegły mniejsze i większe ulice, z których można było trafić do trzech dróg głównych, biegnących do Lidzbarka Warmińskiego, Reszla i Warszawy (przez Biskupiec). Do lat 20. XX wieku, późniejsza ulica Kościelna (Kirchenstraße) nazywała się Warszawska (Warschauer Straße). Ten układ uliczek zachował się do dziś.
Dziś w centrum Bisztynka (jeśli w ogóle można mówić o jakimś "centrum") znajduje się plac Chopina. To takie "kwadratowe rondo" - jak mawiają mieszkańcy - otoczone skwerami bez żadnej zabudowy. Jedyny budynek, jaki tam się znajduje, to metalowo-betonowy, parterowy pawilon handlowy. Tymczasem jeszcze w latach 30. XX wieku było to prawdziwe centrum życia społecznego, kulturalnego i gospodarczego miasteczka. Wszystkie dzisiejsze skwery były zabudowane kamienicami, a w Rynku odbywały się wszelkie uroczystości religijne i państwowe oraz miejskie.

Ratusz, księgarnia i stacja benzynowa


Ratusz wraz z kościołem parafialnym były pierwszymi budowlami powstałymi po lokacji miasta w 1385r. Były sercem miasteczka powstałym jeszcze w czasach gotyku. Kroniki mówią o pożarze Ratusza w 1463 roku. Z biegiem wieków był on przebudowywany. Pojawiły się przy nim liczne przybudówki. Spłonął ostatecznie w 1939 roku i już nigdy nie został odbudowany. Podpalił go jeden z mieszkańców. Po pijanemu. Sąd skazał go za to na dwa lata więzienia. Plany mówiły o odbudowaniu go bez "szpecących przybudówek". Mieściły się w nich zakłady usługowe: fryzjerskie, szewskie, punkt skupu mleka, ale też księgarnia i... stacja benzynowa. Były tu też miejsca dla mieszkańców handlujących kwiatami i warzywami, a także sklepik z gazetami i pocztówkami, których bardzie niewiele zachowało się do dziś.

Odbudowany po pożarze hotel


Większość budynków przy Rynku wybudowano w latach 1850-1910. Porządne kamienne fundamenty i dobrej jakości cegła, zadbane elewacje - to pierwsze wrażenia. Pomiędzy ulicami Bartoszycką i Lidzbarską (dziś Żeromskiego i Reymonta) trafiamy na hotel "Matthes" z charakterystycznymi arkadami, takimi jak na olsztyńskiej starówce przy "Delikatesach". Jest rok 1908. Pozorowany pożar gaszą miejscowi strażacy. To tylko ćwiczenia. Mija kilka miesięcy i Matthes płonie rzeczywiście, a wraz z nim przyległe budynki. Później powstają tu nowe budynki o tym samym przeznaczeniu. Hotel "Kronprinz von Preussen", później przemianowany na: "Bischofsteinef Hof". W budynku hotelowym sklep kolonialny i restaurację prowadzi Valeria Zybura, a po kilku latach sprzedaje go Willemu Artschwager'owi. Obok restaurację otwiera Anton Ley. Przy hotelu zatrzymują się goście w luksusowych limuzynach...

Sklepy, pensjonaty, hotele, manufaktury, drogerie, gospody...


W kamienicy rodziny Petzall (północno-wschodnia pierzeja) kupujemy kolejne artykuły kolonialne. Petzall ma kilka sklepów w Bisztynku. To prężny przedsiębiorca. Do jego sklepu przylega pensjonat pana Tietz'a. W latach 30. pensjonat staje się "Deutsches Haus'em", czyli "Domem Niemieckim" , a po 1933r. gości głównie funkcjonariuszy III Rzeszy oraz NSDAP. Staje się dość ponurym miejscem, mimo, że w dobudowanej na zapleczu sali otwarte zostaje kino. Czasem odbywają się tu uroczystości firmowo-rodzinne. W 1937 roku 25. jubileusz rodzinnej firmy obchodzi Gustav Lange. Jego syn nosi mundur z faszystowskimi symbolami. W uroczystości uczestniczy Rudolf Kostka - lokalny dziennikarz "Bischofsteiner Anzeiger". Uwieczniła go pamiątkowa fotografia.

Kamienica z ogromnymi szybami wystawowymi Otto Haneka jest następna. Kupiec handluje obrazami, ramkami do nich, prowadzi też zakład usług stolarskich. Kolejne dwa domy to konkurujące ze sobą restauracje. Zatrzymuje się przy nich mieszkaniec pobliskiej wsi, który po zakupach w Bisztynku chce się posilić. Wchodzi do jednej gospody. Konkurencyjna - firmy Thams & Garfs - wkrótce bankrutuje.

Południowo-wschodnia pierzeja Rynku rozpoczyna się budynkiem domu towarowego z tekstyliami i manufakturą "Julius Lurie". Jest tam też kawiarnia dla czekających na przymiarkę. Właściciel manufaktury Julius Lurie jest żydowskiego pochodzenia; po 25 latach prowadzenia biznesu musi opuścić Bisztynek. Bojówki SA malują na jego wystawach gwiazdy Dawida i wybijają szyby. Udaje mu się sprzedać dom i manufakturę niejakiemu Baierowi i wyemigrować do Izraela. Zamieszkał wraz z rodziną w Tel Avivie.

Hugo Jatzkowski obok prowadzi początkowo gospodę, a następnie tani bar, ale interes nie idzie dobrze. Budynek kupuje Domke i po bankructwie Thamsa i Garfsa otwiera kolejną restaurację.

Dalej swój sklep kolonialny i gospodę prowadzi Peter Grunwald. To najstarsza w Bisztynku gospoda. Wiekowy już Peter przekazuje nieruchomość synowi Richardowi. W zimowy lutowy wieczór 1929 roku budynek płonie. Syn z ojcem odbudowują go, ale wyłącznie jako dom mieszkalny. Richard ginie w czasie ostatniej wojny. Ojciec umiera w 1958 roku w Bawarii.

Na końcu wschodniego rzędu budynków trafiamy na ekskluzywny "Hotel Kaiserhof". Ów "Kaiserhof" jest bardzo szanowanym hotelem ze znakomitą kuchnią. Odbywają się tu koncerty muzyczne, przedstawienia teatralne i bankiety przedsiębiorców oraz włodarzy miasta. Prowadzi go prawdziwa dama - Luise Weinberg. Po jej śmierci spadkobiercy sprzedają go posiadaczowi drogerii Williemu Artschwagerowi. Ten dobudowuje werandę i przenosi swoją drogerię z ulicy Reszelskiej. Od tej pory "Kaiserhof" otoczony jest wszystkimi zapachami świata.

Oszczędności i coś mocniejszego


Ponownie skręcamy w prawo, w południowo-zachodnią pierzeję zabudowy. Widzimy drogerię Adler należącą do Martina Krügera. Gdy ten rezygnuje z interesu przejmuje ją niejaki Emil Niess. Lata 20. to okres krótkiej prosperity w Bisztynku. Mieszkańcy mogą oszczędzać. Niess sprzedaje pomieszczenia Kasie Oszczędnościowej Powiatu Reszel. Tuż za Kasą u Carla Hömplera kupujemy mydła, środki do czyszczenia naczyń, porcelanowe naczynia. Możemy też nabyć narzędzia przydatne w domu i ogrodzie oraz tasiemki, wstążki, nici i całą resztę pasmanterii. W 1934 roku Carl umiera, a sklep prowadzi nadal jego żona. Potem ucieka przed prześladowaniami Żydów.

Na coś mocniejszego wstępujemy do Antona Porschau'a. Prowadzi on sklep z winem i wszelkiego rodzaju spirytualiami. Podaje je też na miejscu w swej gospodzie. Spotykamy tu dziadka z wnuczką. Dziadek sprzedał trochę płodów rolnych. Namawia wnuczkę, by nie mówiła nic babci o tym, że dziadek wstąpił "na jednego". Wnuczka go szantażuje. Dziadek musi kupić wnuczce jakiś prezent. Nie musi po niego daleko iść.

Amerykańskie zabawki


Tuż obok grupa dzieci przyciska swe nosy do szyb wystawowych sklepów sióstr Jenny i Betty Jablonski. Zbliża się Wielkanoc. Wystawa pełna jest wyjątkowych zabawek sprowadzonych z USA i nie tylko. Nigdzie w Bisztynku nie ma takich zabawek. Są drogie, ale dziadek kupuje wnuczce Gerdzie amerykańskie smakołyki, by zachowała milczenie. Na nic to się nie zda, bo wnuczka i tak się wygada, ale awantury nie będzie. Dziadek rzeczywiście wypił "tylko jednego". Jenny Jablonski prowadzi także kolejny sklep. Tu ma środki czystości, bibeloty z porcelany i wyroby pasmanteryjne. Niestety, po 1933 roku siostry narodowości żydowskiej zmuszone są do emigracji. Wraz z ojcem Maxem wyjeżdżają do USA, skąd pochodzą.

Kupiec-burmistrz


Sklepy kupuje Hans Gatz i urządza w nich kolejne sklepy kolonialne. Jest ich już jednak zbyt dużo w miasteczku. Budynki kupuje firma Wauschkuhn & Chojetzki. Mają inne pomysły na zysk. Handlują wyrobami żelaznymi - takie 1001 drobiazgów - i artykułami gospodarstwa domowego. Dzieci już nie przylepiają nosów do wystawy. Za to ich ojcowie kupują tu gwoździe, młotki, klucze, śruby i nakrętki. Firma Wauschkuhn & Chojecki to firma z tradycjami. W czasie I wojny wydzierżawili budynek od renomowanego kupca Silomona. Silomon nie może prowadzić handlu, bo zasiada w zarządzie miejskim. Od momentu, gdy mieszkańcy Bisztynka dowiadują się o śmierci swego burmistrza dr Paula Fechnera w bitwie pod Olsztynem w sierpniu 1914 roku, Silomon faktycznie pełni obowiązki burmistrza. Aż do roku 1916, kiedy stanowisko to obejmuje Adolf Schauka. Silomon ma pochodzenie żydowskie, jednak wówczas nikomu to nie przeszkadzało. Przy jego sklepie, co rok w Boże Ciało, ustawiany jest jeden z ołtarzy. W latach 30. sklep Silomona ostatecznie staje się własnością firmy Wauschkuhn & Chojetzki.

Powrót z przeszłości


Koniec spaceru. Groby naszych przewodników rozsiane są po całym świecie. Podobnie z przedsiębiorcami, których odwiedziliśmy. Kilku z nich spoczywa na bisztyneckich cmentarzach: katolickim oraz zrujnowanych ewangelickim i żydowskim.
Wracamy do roku 2012. Po sklepach kolonialnych i gospodach nie ma śladu. Na wódkę musimy iść poza obręb Starego Rynku, do baru okupowanego przez miłośników napojów wyskokowych. Środki czystości, prezenty "made in China" i wszelkie AGD oraz "mydło i powidło" możemy kupić w prywatnym markecie włączonym do jednej z sieci handlowych, stojącym na miejscu m.in. manufaktury Lurie'go i "Kaiserhof'u". Wewnątrz tłum ludzi z koszykami i kolejki przy kasach.

Niestety, nigdzie w centrum nie zatrzymamy się na nocleg. Cegłę z hoteli i pensjonatów wywieziono do Warszawy. Gdzieś na warszawskiej Starówce są kamienie ze sklepów Jenny i Betty. Bisztynek ma za to dom kultury wybudowany "w ramach wdzięczności za ofiarność społeczeństwa" ze środków Stołecznego Funduszu Odbudowy Stolicy. Betonowy obiekt złożony z kilku prostopadłościennych klocków. Na szczęście odrestaurowano dawny Bahnhof's Hotel, ale jest on w zupełnie innej części miasta.

Wracam do Porschau'a na piwo z miejscowego Lowenbrauerai. Dziś tego browaru także nie ma. Jego pozostałości wysadzono w powietrze na początku lat 90. XX wieku, a butelki po bisztyneckim piwie są dziś cennymi eksponatami dla kolekcjonerów. Jeszcze do 1945 roku browar obchodził swe coroczne święto. Taki mały "Oktoberfest"...

Andrzej Grabowski
bartoszyce@gazetaolsztynska.pl

Autor dziękuje:
Przy tworzeniu tekstu korzystałem z artykułu opublikowanego 4 kwietnia 1964 r. w gazecie Wspólnoty Powiatu Reszel "Rößeler Heimatbote", nr 2. Tekst podpisany został inicjałami KA. Korzystałem także z wysłuchanych opowieści i zdjęć archiwalnych, udostępnionych mi przez Elizabeth Schmidt, która jest córką przedwojennego dziennikarza "Bischofsteiner Anzeiger" Rudolfa Kostki. Historia dziadka i wnuczki opowiedziana została przez Gerdę Roggli z Leverkusen.


Czekamy na Wasze zdjęcia i opisy pięknych zakątków regionu, kliknij tutaj, aby dodać swój artykuł lub skontaktuj się z nami pod adresem redakcja@mojemazury.pl.
Zobacz w naszej bazie

Przewodnik lokalny

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. jsp #908509 | 145.237.*.* 5 gru 2012 10:55

    Pięknie opowiedziana historia o tym co było i nie powróci. Dobrze że ktoś to opowiedział w bardzo malowniczy sposób dla obecnych i przyszłych pokoleń, zwłaszcza dla mieszkańców tej miejscowości ażeby tworzyli coś nowego, by i po nich zostały również wspomnienia.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz